wtorek, 1 marca 2011

Los nasz, w rękach naszych.. a ciężary na naszych plecach..

..Szmer płynącej rzeki rozproszył wieczorne szepty
mrok swoimi ramionami
otula niespełnione obietnice losu..









Wieczorową porą wracałam autobusem do domu..
Mała dziewczynka rzekła do swej mamy: "wiesz co mamusiu.. kocham Cię!"
Dzieci potrafią zaskoczyć nas swoją szczerością oraz otwartością serca.. bywają jak promyki słońca w ciemny, pełen smutku dzień..
Kilka dni temu, piekłam ciasto urodzinowe dla małej Laury -  kolejny rok minął niepostrzerzenie!
Dziś Laura jest małą, jednak pociesznie szczebiocącą dziewczynką - cudownie wtulającą się w ramionach które pragną przyjąć Jej słodycz.
Jej  życie, to niezapisana jeszcze karta, pełna niespodzianek, zachwytów oraz niezbadanych wyroków losu..
Którą drogą będzie podążać i dokąd zawędruje?
Czy podda się płynącej fali, pozwalając by życie zaledwie zaspokoiło Jej podstawowe potrzeby?
Czy też wybierze drogę trudniejszą, jednak przesyconą kreatywnością i walką o własne miejsce na ziemi?
Czy będzie wytrwale podążać w kierunku swoich marzeń, bez względu na trud jaki będzie trzeba włożyć, aby marzenia te zdobyć?
Czy ominą Ją porażki losu oraz ból niespełnionych obietnic?
Czyż noc otuli Ją swoją pieszczotą, w chwilach zwątpienia i braku pewności? 
Jej los, drzemie w małych słodkich dłoniach.. lecz ciężar i trud jaki rodzi się wraz z rodzącym się życiem - nieść będzie sama na swych dorastających plecach..


Życie nie zawsze, daje nam szansę na beztroskę, każdy z nas dobrze o tym wie i być może czuje ciężar trudu, jaki związany jest z walką o bezpieczną codzienność.. a ona ma tak wiele wymiarów..
Rodzimy się, dorastamy, odkrywamy własne pragnienia.. tworzymy świat w swoim własnym wymiarze i poczuciu szczęścia.
Wszystko to jednak, jakże kruche i nieprzewidywalne zdaje się w obliczu tego, co los szykuje za naszymi plecami...
A może to my sami, dokładamy cegiełki do piramidy naszego życia? Czasem nieświadomie, bezwiednie, często jednak zgadzając się na cichą zmowę naszych niemych wrogów - pozwalamy niszczyć dar, którym zostaliśmy obdarowani.

Smutek spaceruje ścieżkami mego serca..
Widzę słońce rozświetlające każdy nowy dzień, budzące się do życia kwiaty, a nawet pąki drzew, jednak w tym samym czasie uczestniczę w dramacie zrodzonym  na skutek naszej ludzkiej ułomności.. słabości.. a może i przede wszystkim lęku i samotności..
Nałóg, który stał się nieodzownym towarzyszyszem przez wiele lat, w końcu, w dużej mierze przyczynił się do utraty zdrowia, władzy nad własnym życiem..

Kiedy rok temu poznałam D. był on niezmiernie sympatycznym i promieniście ciepłym człowiekiem.
Witał mnie z uśmiechem a żegnając powtarzał, iż jestem niczym słońce - piszę o tym, pomimo tego, iż nie zawsze bywa to prawdą, jednak zawsze uśmiechem, odpowiadam za uśmiech, i wiem, że nasze spotkanie wniosło w nasze życie wiele ciepła i pozytywnej energii.
Po trzech miesiącach, D. opuścił nasz oddział, aby zamieszkać w swoim nowym domu.. tuż przed odjazdem,  przyjechał się ze mną pożegnać, powiedział, że może jeszcze kiedyś się spotkamy - nie wiemy kiedy, bowiem tajemnicą jest los zapisany w księgach naszego życia..
Na pamiątkę podarowałam Mu kartkę z moich rodzinnych stron.. ten mały gest wzruszył D. jak małe dziecko otrzymawszy ulubioną słodycz.

Od tamtego czasu minął dokładnie rok.. kilka miesięcy temu, kiedy pytałam pielęgniarkę, czy nie wie co się dzieje z D.? Dowiedziałam się tylko, iż niestety znów zaprzyjaźnił się ze swoim wieloletnim towarzyszem nałogiem, od którego zdawało się, iż udało mu się skutecznie odejść.. niestety nie..
Ponad miesiąc temu, przyjęliśmy nowego pacjenta - początkowo nie poznałam Go, choć wydał mi się niezmiernie znajomy.. po chwili poczułam zimny dreszcz - nowy pacjent okazał się D.
Trudno ogarnąć wzbierającą falę bólu, być może zbyt szybko pozwalam aby los drugiego człowieka splatając się z moją własną wstęgą życia, wypełniał zakamarki mego serca.. ale taka już jestem i nie potrafię tego zmienić..
Niestety, tym razem D. nie mówi i zdany jest całkowicie na naszą opiekę..
Dlaczego piszę o tym wszystkim?
Tutaj, gdzie pragnęłam aby było to miejsce wypełnione pozytywną energią? Pięknem, które doświadczam oraz światłem spływającym na mnie z nieba.. zachwytem rodzącego się poranka i zwykłą radością, jaka wypełnia mą duszę, po  upieczeniu ciasta, które można skosztować w gronie przyjaciół..
Tak wiele jest piękna i optymistycznej  energii - jednak po równoległym torze, podąża druga strona życia, która boli i uwiera..
Nie zawsze chcemy o niej mówić, często lepiej ją przemilczeć..

Mój przyjaciel, jest uzależniony od alkoholu, trudne to i niezmiernie bolesne, bowiem Jego umysł i dusza to miejsce przepełnione troską o innych i żywą ciekawością świata.. 
A mimo to, zapomina o sobie samym, nie troszcząc się o siebie wcale.. pozwala aby Jego chore ciało ulegało niszczącej sile nałogu.
Tak wiem,  nałóg jest chorobą, z którą trudno walczyć - jednak można z nią walczyć, a co najważniejsze wygrać!

Zatem dlaczego piszę o tym wszystkim?  
Wczoraj, zapytałam D. czy mnie pamięta? Dlaczego? Doprawdy nie wiem.. prawdopodobnie pragnęłam ujrzeć uśmiech na Jego twarzy, tak jak dawniej..
Stan D. jest zdecydowanie ciężki, jednak kiedy zaczynam mówić do Niego odwraca głowę i przygląda mi się uważnie.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, iż być może rozpoznaje niektóre osoby po głosie, zadałam mu to samo pytanie, popatrzył na mnie z niewiele mówiącym wzrokiem, jednak kiedy powiedziałam, iż jestem z Anią z Polski - na Jego twarzy pojawił się ciężki grymas..  po chwili jednak odwrócił swą niemą  twarz, pozostawiając mnie z tysiącem pytań.
Cóż wypełnia umysł D? Ileż pamięta, i czy cokolwiek pamięta?
Każdego tygodnia, kiedy powracam do szpitala,  w wolnych chwilach staram się do Niego mówić, niewiele to zazwyczaj wnosi, bowiem zdarza się, iż miewam poczucie, że D. wolałby gdybym nic nie mówiła.. Jednak tak naprawdę, nie mam pojęcia jak bardzo jest On obecny, a w jakiej części żyje On w innym świecie?
W sobotę, podczas golenia, wydarzyło się coś co poruszyło i wniosło iskierkę nadziei - przechodząca pielęgniarka, zapytała D. czy ufa mi, pozwalając abym to ja Go goliła - ku mojemu zaskoczeniu, na Jego twarzy pojawił się radosny uśmiech!
Być może właśnie dlatego, wczorajszego popołudnia znów zapytałam D. czy mnie pamięta..
Tym razem D. schwycił ma dłoń, swoją sprawną ręką, po czym patrząc na mnie rozpłakał się, tak strasznie boleśnie.. nie spodziewałam się takiej reakcji i przyznam, iż ciężko to odchorowuję - pragnęłam czegoś zupełnie innego.. dotknęłam jednak bólu D. który spłynął po mojej duszy, niczym mój własny ból.
Znów ujrzałam mojego przyjaciela, który pozwala aby taki los i Jego spotkał.. nie musi.. to oczywiście nie wyrocznia, jednak świadomie zwiększa szansę na to co spotkało D.

Kiedy wieczorem, borykałam się z natłokiem myśli, zadzwoniłam do mojej bliskiej znajomej, która jest pielęgniarką - mówiąc Jej o minionym zdarzeniu, szlochałam jak małe dziecko.. do tej pory, udawało mi się zawsze wywoływać uśmiech na twarzy naszych pacjentów - tym razem jednak ujrzałam łzy, przesycone niemym bólem...  
Moja znajoma powiedziała, iż mimo wszystko to dobrze.. dobrze, że próbuję do Niego mówić, bowiem nikt inny tego nie robi..  a być może przywołuje Go to znów, do życia..
Ja jednak toczę wewnętrzną walkę, bowiem pragnęłabym aby D. znów zaczął mówić, jednak wiem, iż nigdy nie będzie już niezależny od innych osób, a  to sprawia, iż nie jestem pewna, czy chęć wywołania uśmiechu na Jego twarzy, jest równoznaczna z szansą na słuszną chęć przywrócenia go ponownie do życia.. życia jakie czeka Go po tak silnym wylewie...
Z powodu tej właśnie walki oraz tysiąca myśli jakie napływają do mojej głowy - dzisiejszy post..
Wybaczcie, iż w tak smutnej oprawie..
Zdjecia, które wybrałam, w pewien sposób odzwierciedlają moje wewnętrzne przemyślenia - poza tym od miesiąca mój komputer walczy z nadmiarem danych - zupełnie jak mój umysł...
On jednak nie pozwala mi na jakiekolwiek poważniejsze działania - wliczając w to jakąkolwiek obróbkę zdjęć, nie mówiąc o tym, iż na nowe nie ma po prostu miejsca.. ubolewam strasznie, ponieważ od dawna, oprócz zdjęć robionych na potrzeby collegu - innych nie robię, dlatego też poniekąd nie piszę i nie dodaję kolejnych wpisów na moich innych blogach.. a tutaj.. czasu wolnego mam tak naprawdę jak na lekarstwo, choć nasz remont kuchni dobiega końca ,a to oznacza, iż skończy się syzyfowe sprzątanie, które  niewiele daje a czas zabiera - kuchnia w końcu przypomina kuchnię i powoli zaczynam cieszyć się z niej w pełni znaczeniu tego słowa.. W dni kiedy nie przebywam w pracy, mogę w końcu przygotowywać normalne posiłki.. niebawem upiekę swoje pierwsze ciasto i jeśli tylko doczekam się pomocy Damiana, będę mogła podzielić się nim (w symboliczny sposób oczywiście) również z Wami! A jutro czeka nas wizyta u naszych dobrych znajomych wraz z  Irańską kolacją. Ciekawa jestem niezmiernie, bowiem Minoo zapowiedziała, iż przygotuje dla nas niespodziankę - potrawę jakiej na pewno jeszcze nie kosztowaliśmy wcześniej!

Dziękuję, że zaglądacie i czytacie moje słowa - Wasze sprawiają, iż odczuwam niezmiernie przyjemne ciepełko w okolicach serca! 
I pomimo tego, iż ostatnio bardzo mało piszę a i mało mnie u Was - myślami jestem blisko, zupełnie jak u przyjaciół, do których pragnie się powracać...
Dziękuję Uli i Małgosi , które obdarowały mnie sympatycznymi wyróżnieniami i choć od dawna nie uczestniczę w przekazywaniu ich kolejnym osobom, to jednak przyznaję, iż wyróżnienia te stanowią pewien symbol - uznania i akceptacji, Waszej obecności w moim cynamonowym świecie, jak i innych zakątkach, które próbuję tworzyć z większą lub mniejszą efektywnością.. i za to bardzo Wam dziękuję! Za Waszą obecność, która wzbogaca moje życie!
Dlatego też Wasze słowa pozostawiane tutaj - kreując nasz wspólny świat, wypełniają przestrzeń, o której jeszcze dwa lata temu nie sądziłam, iż może istnieć.. pojawić się w moim życiu..
Dziękuję Wam za to!!!

















Być może część z Was miała już okazję widzieć te zdjęcia, jeśli nie - mam nadzieję, że przeniosą Was one w świat pięknego, choć przesyconego trudem codziennej rzeczywistości Nepalu - tęsknie za nim i za ludźmi, których napotkaliśmy w drodze, a którzy obdarzyli nas niezmierną serdecznością i niemalże zawsze - Pozdraw pełnym ciepła uśmiechem! 

A dla Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji widzieć Baraki - fragment filmu! Polecam gorąco cały!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!!


niedziela, 13 lutego 2011

Deszczowe opowieści...



 

Kiedy byłam dorastającym dziewczęciem, lubiłam zapach trawy zroszonej porannym deszczem - nadal lubię, choć nie zdarza mi się tak często doświadczanie tej wyjątkowej przyjemności..
Lubiłam brnąć bosymi stopami po wilgotnym, zielonym kobiercu z głową wystawioną w stronę nieba, pozwalając by ciepłe krople spływały po rozgrzanych letnim słońcem policzkach..
Zawsze lubiłam jesienne popołudnia, kiedy deszcz stawał się pretekstem do zanurzania się w długie godziny, otulona w ciepły koc -  w świecie książek, pozwalając przenieść się tam, gdzie fizycznie, być nie mogę.
Nadal towarzyszy mi to uczucie, i choć kocham słońce wraz z jasnym promieniem światła - lubię chwile, deszczowej szarugi, wówczas znów uciekam przed wszelkimi obowiązkami, pozwalając sobie na chwile spędzone tylko z ulubioną książką wraz z muzyką w tle...
Jednak od kiedy mieszkam w Szkocji, takich dni - zwłaszcza w okresie jesienno - zimowym, bywa zdecydowanie za dużo, bywają oczywiście dni pełne słońca, ale często ma to miejsce, kiedy od rana do wieczora spędzam czas w szpitalu lub na zajęciach..
Wówczas jednak, odkrywam małe promyki, przesycone soczystą barwą, zupełnie jak pelargonie kilka dni temu odkryte na jednym z parapetów w naszej szkolnej pracowni. 
Tudzież jak, czerwona budka telefoniczna, mieniąca się w kroplach deszczu, pośród zasmuconej ulicy.. 
Życie, jest jak kalejdoskop - zmienia się nieustannie, raz czarując światłem, innym razem spowalnia nas w swej melancholii..  Nie bywa jednoznaczne i uporządkowane - my takim staramy się je czynić, lecz ono zawsze pokazuje swoje prawdziwe oblicze..
Kilka dni temu, podczas jednego z deszczowych dni, moje samopoczucie zdawało się odzwierciedlać, pogodę za oknem - miałam do dyspozycji cały wolny dzień - który oczywiście mogłabym wykorzystać na czytanie, szkicowanie, malowanie.. tworzenie czegokolwiek... sprzątanie itp.. nastrój mój jednak, niczym paraliżujący obezwładniacz, skutecznie zniechęcał mnie do robienia czegokolwiek. Leżąc skulona pod ciepłym pledem zastanawiałam się co mogłabym zrobić, aby przyniosło to dobro i pożytek dla innych.. dla mnie samej.. czasem wystarczy tak niewiele, a czasem toniemy w poczuciu, iż winniśmy zrobić coś naprawdę wyjątkowego, właściwego.. moje rozmyślanie zostało przerwane wizytą listonosza. Otrzymałam list z Centrum krwiodawstwa - od wielu lat, jeśli tylko to możliwe oddaję swoją krew, czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście ratuje ona czyjeś życie? Tego dnia, w przysłanym liście, informującym mnie, iż moje wyniki są dobre (kilka tygodni temu, kiedy chciałam oddać krew, okazało się, że maleńki rejon w Maroku, nieopodal Fez - jest miejscem, gdzie potencjalnie może występować malaria, a to niestety dyskwalifikuje mnie aby móc krew oddać), w związku z powyższym po sześciu miesiącach od pobytu w Maroku, przeszłam test, który na szczęście wykazał, iż malarią nie jestem zarażona - szybciutko zatem ubrałam się, podążając w kierunku centrum..
W autobusie przeczytałam informację, która przyznam - zaskoczyła mnie - otóż 3 łyżeczki krwi, potrafią uratować życie maleńkiego, urodzonego przedwcześnie dziecka! Czy wiedzieliście o tym? Przecież to tak niewiele!!






 Pogrążona w myślach, nagle ujrzałam starszą panią, przechodzącą na światłach.. mój wzrok podążył nieco wyżej, po czym ujrzałam napis - "What makes me diffrent"? .. co mnie wyróżnia.. z tłumu napotkanych ludzi?
Co sprawia, iż różnię się od innych?
Szarość dnia nasuwa myśli błąkające pomiędzy  tym co prawdą być powinno, a niestety nie zawsze nią bywa..
Starsza pani, przypomniała mi o naszej nowej pacjentce -  która to,  12 grudnia obchodziła swoje 100-letnie urodziny. Kiedy wspólnie oglądałyśmy Jej zdjęcia z tej wyjątkowej uroczystości, z uśmiechem na ustach, trzymała w dłoniach list od Królowej - Jej wizerunek symbolizuje coś, co dla wielu mieszkańców wyspy, jest naprawdę dużym wyróżnieniem.. już sam fakt, iż dożywamy tak statecznego wieku, jest czymś wyjątkowym w dzisiejszych czasach.. jednak nasza pacjentka, zadziwia nie tylko cyfrą, jaka widnieje w Jej metryce - starsza pani, pomimo groźnego upadku jaki miał miejsce kilka tygodni temu, nadal bardzo sprawnie się porusza, wyglądem przypomina osobę co najmniej 30 - 35 lat młodszą. A Jej usposobienie, potrafi wnieść radość w najsmutniejszy dzień. Co prawda charakteryzuje się dużą dozą zgryźliwości, jednak wystarczy jedno zdanie, a na Jej ustach pojawia się rozbrajający uśmiech, niemalże cały czas żartując, wprowadza człowieka w stan bardzo specyficznej błogości, w której z przyjemnością pozostałoby się przez resztę dnia.. Starsza Pani, zawsze całuje mnie w czoło, niczym dobra babcia, sprawiając, iż w okolicach mego serca pojawia się nader przyjemne ciepełko..
Kiedy zapytałam Ją pewnego dnia, czy potrafiłaby podać receptę na szczęśliwe, długie życie (które oczywiście, nigdy nie jest oczywiste i jednoznaczne), żartując, odpowiedzała - najlepiej jest sobie troszkę ponarzekać :) czasem to pomaga... a tak naprawdę, z pomocą stwórcy, jak mówi, ona sama starała się być dobra dla innych, dla Świata... a i oni wówczas są dobrzy dla nas.. Dobro powraca, nawet jeśli wcześniej musi przejść długą drogę, aby do nas trafić..
  





Codzienność obfituje w wiele chwil, które warto zapamiętać, zachować głęboko w swoim sercu.. możemy przyglądać się światu, ludziom.. przecież tak szybko odchodzą.. są i nagle ich nie ma.. pozostaje tylko pamięć - ta, może trwać przy nas latami..
Lubię przyglądać się ludziom, podczas spektaklu, koncertu - lubię siedzieć blisko sceny, aby wyraźniej widzieć zmieniającą się mimikę twarzy, ukazującą rodzące się w głębi serca emocje, które jak lawa wydobywają się na zewnątrz pod wpływem słów, dźwięków muzyki, ujrzanych obrazów... 
W moim małym, artystycznym świecie, również przyglądam się z dużą dozą ciekawości, światu, który inspiruje i motywuje do tworzenia. Moje własne tworzenie ma oczywiście niewspółmierny wymiar ze sztuką, jaka otacza mnie na co dzień.. ale jest moją, własną, jeszcze niczym niemowlak, jednak przynoszącą wiele pozytywnych emocji..
W trakcie realizowania ostatniego projektu, lawirujemy pomiędzy rysunkiem, rzeźbą a malarstwem, techniką mieszaną.. Pomyślałam, że pokażę Wam mój niedawno zrobiony collage, oraz rzeźbę z minionego tygodnia..
Przyznam, iż zazwyczaj nie mam poczucia, iż moje prace warto ukazywać światu, jednak czasem powstają z pozoru wielkie niedoskonałości - a jednak mimo wszystko sprawiają iż rodzi się we mnie poczucie rodości z samego faktu tworzenia.. Jeśli mielibyście ochotę, zanurzyć się w świat moich mniej lub bardziej artystycznych dokonań - zapraszam Was na mój kolejny  blog (My space in art) ,  stworzonym głównie na potrzeby collegu, będącym zapisem tego co w collegu się dzeje oraz sztuce, jaka rodzi się niemalże każdego dnia.. : ) 




Wczoraj mój młodszy brat obchodził 30 urodziny, z tej okazji wybraliśmy się wspólnie na koncert - który początkowo z powodu  nienajlepszej organizacji, zapowiadał się zniechęcająco, to jednak ostatecznie, myślę - wszyscy mieliśmy podobne uczucia - było to niesamowite wydarzenie. Dobra Afrykańska muzyka, wirujący taniec, oraz wiele pozytywnych uczuć falujących dookoła nas, niczym wody oceanu..
Na koncercie Samby, byliśmy z Damianem dwa tygodnie temu - pod wpływem tak pozytywnych doznań, zapragnęłam zabrać w ten urodzinowy dzień również mojego brata wraz z Gosieńką.. Ostatecznie spotkaliśmy się tam z kilkoma naszymi przyjaciółmi, spędzając naprawdę przesympatyczny wieczór.
Samba - jest muzykiem pochodzącym z Senegalu, który przybył do Wielkiej Brytanii 10 lat temu, dziś tworząc muzykę, zabiera nas w świat swoich przodków..  
 



A w naszym domu, panuje ogólny chaos!! Winnam powiedzieć wielki chaos - od ponad dwóch tygodni, Damian, przy niewielkiej mojej pomocy, tworzy naszą nową kuchnię. Niestety  remont trwa strasznie długo, bowiem  prace związane z remontem, wykonuje Damian pomiędzy collegem a pracą. Jedyną zadowoloną istotą z tego całego zamieszania jest oczywiście Mocca - wchodzi w każdą nową przestrzeń, wyleguje się pomiędzy narzędziami, tudzież innymi ciekawymi śrubkami, a w nocy zabawia się z pozostawionymi przez nieuwagę przedmiotami nadającymi się do turlania - oczywiście robiąc przy okazji straszny hałas!
Strasznie zabawna bywa, w tej swojej zadziwiającej umiejętności odnajdywania przyjemności w rzeczach pozornie zwykłych i nieciekawych.. jednak nie dla niej! : )  

Rozpisałam się okropnie - dziękuję Wam za Wasze odwiedziny i życzę tygodnia pełnego dobrych doświadczeń!! 



niedziela, 23 stycznia 2011

Różne aspekty życia..

..Płaczesz kiedy świat nie daje Ci tego czego tak pragniesz
łzy ronisz, kiedy życie nie układa się po Twojej myśli,
kiedy bezradność i niemoc ogarnia całe  Twoje jestestwo..

..ale czy słyszysz jak pięknie gra uliczny grajek,
choć należy do tych najuboższych..
jak ptak świergocze tuż po wschodzie słońca?
Czy widzisz  błękit jasnego nieba,
który nie jest dany zobaczyć Tym, którzy wzroku zostali pozbawieni dawno temu?
Czy widziałeś z jaką gracją,  motyl układa swoje skrzydła na pachnącym kwiecie?
A delikatna tancerka w misternym ukłonie
łączy swe dłonie, oddając hołd mistrzom tworzącym muzykę..
Czy słyszałeś szept leśnego morza?
Zadumałeś nad pachnącym chlebem?
Tak wielu, przecież tego chleba nigdy nie jadło..

Życie niejedno ma imię i nie jest prostą drogą
zakręca i pnie się pod górę
opada wartkim strumieniem,
by znów przeobrazić się w spokojną rzekę..
Nie zawsze są mosty wybudowane przez ludzi dobrej woli
czasem to my musimy je sami zbudować..
Czasem i łzy są nam potrzebne
jak nieoceniona źródlana woda,
nade wszystko jednak - wiara w to co niemożliwe
 miłość do świata i samego siebie
na przekór zawiejom i trwogom  budzącym niepokój serca.


Od ponad tygodnia w wyjątkowo wyrazisty sposób obserwuję radość i ból..
doświadczam piękna,dobra, ale i zła, które tak wiele niszczy..
Słyszę płacz i słowa niezadowolenia, pytania dlaczego inni mają tak, a ja nie?
A ja przyglądam się z boku i zastanawiam się, ile tak naprawdę zależy od nas samych abyśmy żyli w szczęściu, pogodzeni z własną rzeczywistością?
Od czego zależy to, iż czasem jesteśmy uwikłani w sidłach niemocy i dlaczego nie możemy lub nie jesteśmy w stanie opuścić tej pajęczyny? Ile tak naprawdę zależy od naszej silnej woli i samozaparcia, aby osiągać to czego pragniemy, a przynajmniej zdobywać cele na miarę naszych możliwości, które jednocześnie będą motorem i motywacją do tego aby sięgać po jeszcze i więcej.. tyle ile jesteśmy w stanie udźwignąć.
Tydzień temu otrzymałam przejmująco trudny i smutny list od bardzo młodej kobiety.. być może dziecka jeszcze, choć biorąc pod uwagę w jaki sposób doświadcza ją los - być może dzieciństwo bezpowrotnie minęło.. pisała o swoim tacie cierpiącym i umierającym, o swojej bezradności i o tym, iż prosi o pomoc.. dlaczego spośród tak wielu ludzi, dotarła do mnie? Przeczytawszy moje krótkie słowa zostawione pod jednym z Waszych postów - pomyślała, iż mogę Jej pomóc? Z medycznego punktu widzenia - nie! Czy istnieje jakakolwiek inna możliwość? Dobre słowo, chęć wysłuchania? Czy to wystarczy? W obliczu cierpienia szukamy wszędzie pomocy.. wiele bym dała aby rzeczywiście posiąść moc uleczania.. któż by nie chciał, prawda?
Paradoksem stał się fakt, iż następnego dnia, kiedy wróciłam do szpitala -  przywieziono do nas pacjenta, który niemalże w identyczny sposób  odpowiadał opisowi choroby, o której pisała młoda dziewczyna.
Nagle, pomimo tego, iż ów pacjent nie jest moją rodziną - mogłam bardzo wyraźnie poczuć ból i cierpienie, które być może doświadcza ów młoda osoba i Jej tata.

Moje dzisiejsze zdjęcia, nie zupełnie odzwierciedlają myśli jakie rodzą się w mojej głowie - kiedy, po dłuższej już przerwie, zamierzałam znów napisać kilka słów - był to piękny, pełen radości i niewypowiedzianych emocji, rodzących plejadę pozytywnych uczuć dzień..
Czasem mam poczucie, iż pewne zdarzenia  inicjują kolejne - pragniemy czegoś, zaczynamy robić coś w tym kierunku, po czym okazuje się, iż wszechświat zaczyna mam pomagać - bez względu na to jaki ma to wymiar - dla mnie jest czymś niezwykłym i magicznym!
Kilka tygodni temu, rozpoczynając kolejny projekt - tym razem, każdy z nas sam wybierał temat i decydował w jaki sposób przedstawi rodzący się obraz naszego zainteresowania.
Ja z miłości do tańca - taki też wybrałam temat przewodni. Początkowo wzbogacając  moje poszukiwania artystów, ćwicząc, naśladując tych ulubionych, w końcu opierając się na zdjęciach, które sama zrobiłam dwa lata temu podczas oglądanego spektaklu, malowałam pierwsze swoje nie kopiowane obrazy - obrazy, należy czytać nadal małymi literami , jednak to duża przyjemność tworzyć coś zupełnie własnego, bez względu na to jak daleko nam jeszcze do poziomu prawdziwego artysty.
Zdjęcia moje spodobały się mojej prowadzącej, po czym nagle zapytała mnie, czy nie chciałabym, aby ona poszła i zapytała prowadzących zajęcia z tańca i chorografii, czy mogłabym zrobić sesję zdjęciową - co prawda zdziwiło ich, iż nie dysponuję dużym i robiącym wrażenie aparatem, jednak wyrazili zgodę,  a ja dzięki temu przeżyłam piękne chwile.
Po powrocie do domu, otrzymałam sms-a od przyjaciela - napisał mi, iż przez kilka dni, w Playhousie będą gościć mistrzowie baletu na lodzie - z przepiękną muzyką Tchaikowskiego, wykonując "Jezioro łabędzi".
Dodał, iż mam się spieszyć z zakupem biletów, bowiem miejsc jest coraz mniej. Zanim jednak bilet kupiłam, otrzymałam kolejnego sms-a, tym razem od mojego drugiego tutejszego przyjaciela - przyjaciółki - napisała, iż ma dla mnie niespodziankę - okazało się, iż zakupiła dla nas bilety właśnie na "jezioro łabędzi".

Odkąd pamiętam, moja miłość do tańca, a zwłaszcza baletu, była tak silna i nieprzemijająca, jak blask słońca o poranku. 
Pamiętam jednak, iż będąc małą dziewczynką, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam taniec na lodzie - moje serce zamarło, aby trwać w tej niezwykłej chwili bez względu na przemijanie..
Od tamtego czasu, nieustannie zamykałam oczy, aby ujrzeć siebie płynącą po białej tafli lodu, zupełnie jak widziane wcześniej łyżwiarki, przenosząc się w świat subtelnych, wzniosłych emocji, wykonując piruety w rytm dźwięków muzyki, najwspanialszych kompozytorów świata.. oczy zroszone napływającymi łzami odczuwały piękno, równie mocno jak przesycone niewypowiedzianymi uczuciami serce..

Po dotarciu do teatru, okazało się, iż mam możliwość uczestniczenia w balecie, siedząc tuż przy scenie. Niezwykłe to uczucie, bowiem zarówno mimika twarzy tancerzy, jak i sam dźwięk pryskającego lodu - stwarzały niepowtarzalną możliwość przenikania i odbioru baletu, w bardzo sugestywny i osobisty sposób.
Nagle zdałam sobie sprawę, iż spełniło się jedno z moich skrytych, dziecięcych marzeń - pozornie to takie proste do zrealizowania - ja jednak jeszcze nigdy w życiu, nie widziałam profesjonalnych pokazów łyżwiarskich na żywo - a teraz miałam możliwość zobaczyć jednych z  najlepszych, a zarazem  najpiękniejszy balet zatańczony, właśnie na lodzie. 
Cudowne i niezapomniane przeżycie!
Kiedy wróciłam do domu, odszukałam na YouTube film dokładnie z tego samego baletu, na którym byłam ja - Ci sami tancerze, te same uczucia pojawiające się w zakamarkach mej duszy.. 

Czyż paradoksem nie jest fakt, iż w świecie tak bardzo skomercjalizowanym, przepełnionym nijakością i bylejakością, piękno nadal istnieje i my nadal tak naprawdę go potrzebujemy?!
Nie zawsze jesteśmy wstanie uczestniczyć w pięknych przedstawieniach, ale bywa, iż spacerując  letnią porą, cichymi uliczkami, nagle napotykamy ulicznego grajka, z którego harmonijki unoszą się  przepiękne dźwięki muzyki..

Zastanawiałam się, czy powinnam swe zachwyty nieustannie zapisywać i dzielić się nimi z innymi jak powszednim chlebem.. potrafię zachwycać się pięknem, choćby tym najmniejszym, choć nie kryję, iż życie obdarowało mnie wielokrotnie niezapomnianą możliwością dotknięcia piękna w dużo większym rozmiarze, choć tak naprawdę tylko od nas zależy czy dostrzegane piękno ma duży, czy też mniejszy wymiar - ja przeżyłam jedne z najpięniejszych chwil swojego życia włócząc się po Himalajskich drogach, ale czy mieszkańcy tego rejonu odczuwają  piękno w równy sposób jak ja je odczuwałam? Przecież żyją często w skrajnie ubogich warunkach, dzieci docierając do szkoły, pokonują strome ścieżki, nierzadko przemierzając drogę dwa dni, często bez odpowiedniego obuwia, ciepłych ubrań..
Wiem jak cieszyć się z najmniejszych darów, ale też wiem jak smakuje ból i choć sama pracowałam bardzo ciężko, wiem, że prawdopodobnie nigdy nie będę tak ciężko pracować jak pracowali moi rodzice. Być może to ich zasługa, iż ja otrzymuję tak wiele, i o wiele łatwiej zostaję obdarzana tym co naprawdę dobre.
Kiedyś usłyszałam, iż to nasi przodkowie budują podstawę do tego, z czego późniejsze pokolenia mogą czerpać - nie wiem, ile w tym prawdy, jednak pomimo świadomości, iż my sami musimy włożyć wkład  poprzez swoją pracę, aby zdobyć to czego pragniemy, czasem mam poczucie, iż wszechświat  - cokolwiek to oznacza - może nam bardzo pomóc.

Żyjąc pod wpływem tych wszystkich dobrych uczuć, jakich doświadczyłam podczas baletu, wczoraj powróciłam do szpitala.. jedna z pacjentek, znów sprowadziła mnie na płaszczyznę, w której pojawiły się pytania, dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe? Dlaczego pewne sytuacje nas doświadczają, a inni mają łatwe i bezstresowe życie - moja 83 letnia pacjentka, ze łzami w oczach, powiedziała, że całe życie prowadziła zdrowy tryb życia, kiedy nagle okazało się, iż jest ciężko chora - operacja nie wchodzi w grę głównie ze względu na wiek, ale starsza Pani z ogromnym żalem powiedziała, że życie jest bardzo niesprawiedliwe, dlaczego lekarze zostawiają Ją w takim stanie?
I jakie czeka ją teraz życie? Jednak na końcu naszej rozmowy pojawił się na Jej twarzy uśmiech, a kiedy powiedziałam, że cieszy mnie ogromnie, iż mimo wszystko potrafi się tak pięknie uśmiechać, pogłaskała łagodnie moją rękę..
Kochani piszę o tym, ponieważ niedawno przeczytałam słowa młodej osóbki, którą cenię za Jej niezwykłą kreatywność i umiejętność tworzenia,  pełnych uroku małych dzieł - wiem, że życie nie zawsze nas rozpieszcza, co więcej czasem zdaje się jakby kładło nam nieustannie kłody pod nogi - mam wielu bliskich, którzy doświadczali bardzo ciężkich sytuacji finansowych, dotykając niemalże dna - a mimo to potrafili się odbić, co oczywiście nie jest czymś łatwym i często wymagało wsparcia osób z zewnątrz.. ale udało im się!
Niestety bez względu na wiek, poczucie niesprawiedliwości pojawia się w naszych umysłach - co  pomyślelibyście słysząc słowa 83-letniej Pani? Czy nie pojawiłaby się myśl, że przecież przeżyła długie szczęśliwe życie?
 Bez względu na to ile ma lat -  są to Jej uczucia i podobnie jak 4 - letni syn moich znajomych, który dzisiejszego poranka zaczął dotkliwie płakać, ponieważ nie mógł puszczać dłużej baniek mydlanych, odczuwając przeogromne poczucie niesprawiedliwości, na domiar wszystkiego ja nie byłam zmienić tej sytuacji, a przecież jestem starsza i powinnam wiele!
Jednocześnie wiem, iż jeśli dopisuje nam zdrowie, możemy pokonać największe trudności, bo życie składa się z wielu aspektów - bywa trudne, ale i piękne.
Myśli moje potoczyły się niczym lawina rozbudzonego wulkanu.. nie jestem pewna czy dotrwaliście do końca i czy nie zamęczyłam Was  niesfornymi myślami, lawirującymi pomiędzy tym co optymistyczne, a tym co napawa smutkiem..
Kończąc, pozostawiam Was z kilkoma  zdjęciami oraz przepięknym baletem... teraz i Wy możecie przenieść się w ten magiczny świat muzyki, lodu i tańca...

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, jednocześnie dziękując Wam za nadsyłane słowa jak i same odwiedziny!!!






 


 

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin