Swiat, który poznałem w Wietnamie, Kambodży, w Chinach, juz nie istnieje.
Ale jest inny swiat, otwarty dla każdego,
kto chce go odkryć."
- Tiziano Terzani
Pierwszym celem naszej podróży, byl Damiana kurs paralotniowy.. i ja skorzystałam, odbywając, co prawda z pilotem, ale równie piękny kolejny lot podniebny.. a kiedy kurs dobiegl końca, podązylismy w dalszą drogę - odkrywając Dolomity..(głównie ja, bowiem w sercu Dolomitów, byłam po raz pierwszy). Zanim jednak tam dotarliśmy, mijaliśmy niewielkie miejscowości, domki udekorowane kwiatami.. góry stopniowo rosnące i przeistaczające się w coraz ciekawsze formacje skalne.. pięknie i malowniczo..zdaje sobie sprawę z tego, iz zdjęcia moje nie oddają w pelni tych cudownych przestrzeni.. jednak mimo wszystko, kilka kadrów.. przedsmak zapierających dech w piersiach Dolomitów..
Po kilku godzinnej podróży, dotarliśmy do maleńkiej miejscowości Misurina, która stala się naszą pierwszą bazą w Dolomitach. Podczas calej drogi, każdego niemalże dnia spaliśmy na innym campingu (wyjatkiem byla noc spedzona na parkingu pod gwieździstym niebem, na plazy oraz jedna noc, którą spedzilismy w schronisku). Musze przyznać, iz odwiedzane przez nas campingi bywały bardzo rozne..począwszy od zupełnie normalnych, po strasznie zatłoczone, jak i zaslugujace na miano okropnych! które to wybieraliśmy tylko w ostatecznosci i absolutnej konieczności.. po przepięknie polozone, zadbane i dopieszczone w każdym calu..
stwierdziliśmy, iz moglibyśmy rozpocząc pisanie przewodnika po campingach Francji i Wloch.. : )
Ten na którym zatrzymaliśmy się u kresu naszej drogi prowadzącej w Dolomity, otoczony byl lasem oraz wylaniającymi się zza chmur szczytami..
..a poniżej, pięc minut od campingu, maleńka miejscowosc z jeziorkiem oraz kilkoma hotelami, restauracjami.. wyciągiem (wersja dla mniej chątnych wędrowania, jednak pragnących posmakowania wnętrza dolomitów).
Sympatyczny spacer dookoła jeziorka, zakonczylismy pyszną kolacją serową, popijana włoskim winem.. w akompaniamencie niezmiennie towarzyszących nam cykad..
Wszystko tak intensywne.. rozgwierzdzone niebo, niczym z obrazu Van Gogha.. Upał, który obezwładnia.. natomiast woda w pobliskiej rzece, wręcz boleśnie zimna.
(..)
..czytam kolejna ksiazke Tiziana.. Jego słowa przenikają moje wnętrze, odkrywając wszystko to, o czym staramy się zagłuszyc nasza codziennoscia..
"..czułem jakby był ze mna. W tamtej chwili ozył. Mam nadzieje, ze za piecdziesiat, sto lat, ktos przypadkiem znajdzie moja ksiazke w 'remainders' albo w jakiejś starej bibliotece i zacznie czytac. A wtedy byc moze dozna w tym kraju podobnych uczuć, jakie były moim udziałem. W takiej chwili na jeden moment odżyje w Wieczności." (Tiziano)
..nie mineło jeszcze 100 lat, jednak dzis i każdego dnia, kiedy zanurzam się w slowa T. w moim sercu rozposciera się przestrzeń, która zaczyna wypelniac wiecznosc...
20.07.13 Poludniowa Francja ..moje czytanie przerywane wieloma wydarzeniami ostatecznie dobiega końca..na plazy nieopodal Saint-Tropez... "Cos się kończy, ale pociesza mnie to, ze rozpocznie znowu. (..) ..zadnego mazania, zadnego płaczu. Przeciwnie, pośmiejcie się, bo on tak dobrze się bawił. Czy to nie piękne?" (Tiziano) ..z moich oczu jednak popłyneły łzy.. okoliczności w jakich spedziłam czytając Jego ostatnia ksiazke (koniec jest moim początkiem), sprawiły, iz poczułam się czescia Jego zycia.. Tiziano powtarzał, aby nie płakac po Jego odejściu, a ja mimo wszystko ronię lzy.. W końcu zamykam ksiazke, podnoszę oczy, cicho spogladajac w błyszace w słoncu morze.. nagle zamarłam.. przez sekundę musiałam zastanowić się, czy moja imaginacja rzeczywiście spawiła, iz widzę to czego nikt inny nie zobaczy.. musiałam zapytać Damiana, czy i on to widzi? Nieopodal brzegu, z wody wynurzył się starszy mezczyzna, szalenie podobny do Tiziana jakiego widzimy na zdjęciu tuz pod koniec Jego zycia.. Damian rowniez stwierdził, iz podobienstwo jest zadziwiające.. ..po chwili ów mezczyzna odwrocił się, po czym odpłynał jakze rzadko widzianym przeze mnie stylem - delfinem, tudzież motylkiem.. zadziwiające.. na mej twarzy pojawił się usmiech. Zupełnie, jakby Tiziano chciał przypomniec mi o smiechu.. o chwili, która trwa teraz i daje poczucie szczecia.. Zycie toczy się dalej, a Ci o ktorych pamietamy, nadal sa wsrod nas...
"Zatrzymaj się i pozwol, zeby ogarneło cie uczucie cudownosci. To własnie chce ci powiedziec o spokoju. Czujesz spokój wobec tych gór. Posłuchaj kwadrans ciszy, usłyszysz ja. Posłuchaj ciszy!"
- Tiziano Terzani
Pozdrawiam Serdecznie wszystkich nadal tutaj zagladajacych!
Wędrując przez Laos, docieraliśmy do wielu pięknych i wyjątkowych miejsc. Dla mnie jednak Luang Prabang jest miasteczkiem, którego nigdy nie zapomnę i prawdopodobnie gdybym miała możliwość wędrować przez Laos raz jeszcze, z przyjemnością dotarłabym właśnie tam.
Jest to stare Laotańskie miasto, pamiętające długoletnią obecność Francuzów, jednocześnie będące miejscem, gdzie ilość świątyń Buddyjskich, jak i samych mnichów zapiera dech w piersiach.
Przyznam, iż zdążyłam dotrzeć zaledwie do kilku świątyń, jednak niewątpliwie miejsce to pomimo obecności wielu turystów, wywarło na mnie ogromne wrażenie.
A zaglądanie w zakamarki wąskich uliczek, sprawiało mi niezmierną przyjemność.
..Buddhist Temple at Haw Kham (Royal Palace)
Luang Prabang pozostanie dla mnie szczególnym miejscem, z jeszcze jednego powodu - który notabene ma również związek z mnichami Buddyjskimi.
Otóż krótko przed naszym wyjazdem, usłyszałam informację, iż w którymś Laotańskim miasteczku (niestety nie dowiedziałam się którym, a z braku już czasu sama nie doszukałam informacji), każdego poranka buddyjscy mnisi, odbywają marsz, podczas którego mieszkańcy przekazują im niewielkie porcje ryżu - będące ich jedynym posiłkiem. Bardzo chciałam uczestniczyć w tym codziennym rytuale, niestety nie miałam pojęcia, czy tak naprawdę dotrzemy w owo magiczne dla mnie miejsce.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po dotarciu do Luang Prabang, chcąc zakupić widokówki - na jednej z nich ujrzałam młodych chłopców w pomarańczowych szatach wraz ze swoimi misami, w milczeniu podchodzących do kolejnych osób.
Zapytałam sprzedawcę o której godzinie odbywa się ów marsz, a ten odpowiedział, iż o godzinie 5 rano!
Zatem następnego ranka, pełna emocji wstałam jeszcze przed czasem, po czym niczym zbieg, przemknęłam po cichu na zewnątrz..
A tam.. nadal mrok i cisza dookoła...
Zdjęcia nie oddają absolutnie atmosfery i uroku tamtejszej chwili, ja jednak doświadczyłam czegoś absolutnie wyjątkowego..
Tak naprawdę przez dłuższy czas walczyłam sama ze sobą, czy powinnam robić zdjęcia, czy też nie.. kilkanaście osób, które podobnie jak ja pojawiły się tam, aby przyglądać się, w milczeniu maszerującym głównie młodym mnichom - bez mniejszych skrupułów pstrykali zdjęcia jedno, po drugim.. ja jednak, długo zwlekałam, aż w końcu sama wykonałam kilka pstryknięć, jednak zupełnie nie zwracając uwagi na ustawienia, światło... po prostu pragnęłam zachować w kadrze choć kilka obrazów.. wcześniej jednak uposażona w miseczkę ryżu, kilka bananów oraz symboliczną ilość ciastek, sama przycupnęłam na niewielkiej macie, w oczekiwaniu na pierwszych mnichów.
Moje emocje wirowały niczym podczas najważniejszego z egzaminów : ) ..i cóż.. kiedy pierwszy z Nich podszedł, ja nie miałam pojęcia co powinnam zrobić : ( ..doprawdy ciekawa jestem, co też myślał sobie ów młody człowiek, bowiem popatrzywszy na mnie, następnie na mój koszyk, następnie znów na mnie dał mi do zrozumienia, iż to ja powinnam wykonać jakiś znamienny ruch.. szybko zerknąwszy na kobietę siedząca nieopodal mnie, dostrzegłam, iż rzeczywiście to ja powinnam nakładać podchodzącym chłopcom niewielkie ilości ryżu.. ja natomiast, nadal pełna emocji nakładałam niekoniecznie małe porcje, w związku z czym moje zasoby bardzo szybko się skończyły.. a mnisi szli i szli...
Tego poranka zapisałam:
(05.08.12)
..Nakładając niewielkie porcje, czułam się dziwnie, to takie trudne do opisania uczucie. Myślę, iż byłam zdenerwowana, nie sądziłam również, iż Mnichów będzie tak dużo.. podążali jeden za drugim, niczym kolorowe mróweczki, z poważnymi minami wyglądali jakby z innej rzeczywistości..Oni żyją w innej rzeczywistości. Są jak wysłannicy Boga przyodziani skromnie, lecz radośnie - jakby ku czci zachodzącego, po czym na nowo budzącego się każdego dnia słońca... (..) Mnisi przeszli, a życie dookoła zaczyna toczyć się własnym rytmem.
Jeszcze na chwilę przysiadłam na pobliskim wzgórzu z widokiem na bogato złoconą budowlę (Luang Prabang National Museum), powietrze jednak zdaje się być coraz gęstsze, jest parno a pojawiające się coraz częściej samochody, motory i tuk-tuki - zakłócają poranną ciszę...
dzieci samotnie spacerują ulicami miasta - cóż robią o tej porze dnia samotne??
...
Wieczorem po powrocie z wycieczki do jednego z kilku wodospadów, które mieliśmy możliwość zobaczyć w Laosie - odkryliśmy niezwykłe - dla nas miejsce! : )
W przeciwieństwie do mojego porannego doświadczenia - my pozwoliliśmy sobie na istną ucztę kulinarną.. zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tego wyjazdu.. : )
..tak to nie tylko ryż, pyszny ale skromny banan a przy odrobinie szczęścia małe ciasteczko - wybór naszych dań, był nieziemski.. doprawdy trudno było się zdecydować co nałożyć, na stosunkowo niewielką miseczkę (choć oczywiście, jeśli ktoś bardzo głodny, zawsze może pokusić się o dokładkę!).
Tym kulinarnym akcentem, kończę moje już nocne dziś pisanie.. Za kilka godzin będę odbywać 14-godzinne marsze po pokojach szpitalnych, tymczasem jednak życzę Wam i sobie również spokojnej nocy!
..a o poranku, niechaj słońce rozświetla drogi, którymi kroczycie..
Obiecałam, że powrócę do Luang Prabang.. dziś jednak zabieram Was do krainy czterech tysięcy wysp, gdzie spędziliśmy przesympatyczne, pełne sielankowej atmosfery dni..
Nie jestem pewna, czy rzeczywiście można byłoby doliczyć się aż czterech tysięcy , jednakże na pewno jest ich bardzo wiele, porozrzucanych na miodowej rzece Mekong.. zastanawiałam się jaki tak naprawdę miała ona kolor.. miodowy, rdzawy..Damian stwierdził, iż po prostu mętny..mi jednak podoba się idea miodowego koloru zmieszanego z odrobiną promieni słońca : )
Jak już wspomniałam, wysp jest wiele, oczywiście nie wszystkie bywają zamieszkałe i tylko niektóre przystosowane do napływu turystów, wędrowców i poszukiwaczy przygody..
My zatrzymaliśmy się na wyspie Dondet, która początkowo wzbudziła we mnie niemałe rozczarowanie - ale tylko dlatego, iż spodziewałam się bezludnej wyspy (niemalże :) ), a dotarliśmy do miejsca, które przywitało nas kilkunastoma domkami, stłamszonymi niemalże jeden obok drugiego - a wszystko to, aby ugościć przybyszy z zachodu! Najsmutniejszym jednak, był fakt, iż wraz z turystami, przybywają i plączą się niemalże pod nogami, coraz większe ilości śmieci! Doprawdy smutny to fakt, ponieważ jestem przekonana, iż gdyby nie my - ludzie na wyspie nadal żyliby bardzo blisko natury, bez zbędnych śmieci.
Choć tak naprawdę nadal żyją, tak jak przed wieloma laty, czego mogliśmy doświadczyć następnego dnia podczas naszej rowerowej wyprawy po dwóch wyspach. Na szczęście im dalej w głąb - śmieci było coraz mniej, a ludzie toczyli spokojne, niespieszne życie.. pracowali na polach ryżowych, orali ziemię przy pomocy niemalże archaicznych narzędzi oraz cierpliwego woła..przesiadywali przed swoimi domostwami, a po zachodzie słońca, całymi rodzinami zażywali kąpieli w mętnych wodach rzeki Mekong. A to wszystko, my mogliśmy obserwować podczas jazdy rowerem po najdalszych zakątkach tego magicznego miejsca.
Podczas wyprawy, dotarliśmy do dwóch wodospadów, które tak naprawdę były bardzo podobne, jednak różniły się znacznie obszernością..bulgocząca woda przelewała się z niezmierną prędkością pędząc przed siebie bez opamiętania.
Aby dotrzeć do większego - Khonephapheng waterfall - musieliśmy najpierw pokonać 7 kilometrów rzeką, a następnie na skuterach - muszę przyznać, iż pierwsze chwile napawały mnie odrobiną grozy, ta jednak szybko przerodziła się w bardzo przyjemne uczucie zmieszane z posmakiem szaleństwa..
Piękna pogoda nagle zamieniła się w rozszalałą ulewę - ta jednak trwała zaledwie kilka minut, po czym słońce znów wyjrzało zza chmur, a my mogliśmy znów kontynuować podróż.
..ta droga okazała się zdecydowanie za wąska..
.. dzieci bez względu na godzinę i miejsce niezmiennie nam towarzyszyły. : )
Kończąc, pozdrawiam serdecznie oraz dobrej nocy Wam życzę.