Kochani - soczystych pomarańczy Wam życzę! A dla rozmatycznych.. odrobina muzyki..
wtorek, 14 lutego 2012
W Walentynkowej aurze..
Kochani - soczystych pomarańczy Wam życzę! A dla rozmatycznych.. odrobina muzyki..
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Domowy kiermasz codzienności - temat przewodni - kulinarnia...
Wraz z końcem lata, kończymy nasze wyjazdy pod namiot - z żalem, bowiem tak naprawdę moglibyśmy jeszcze nie raz opuścić naszą miejską przystań, podążając w ciche pustkowia.. choćby na jedną noc.. niestety (biorąc pod uwagę nadchodzący brak czasu, na takie przyjemności), dziś rozpoczynamy naukę. :)

W założeniu dzisiejszego posta, miał być duch kulinarny, jako motyw przewodni..
Dawno nie dzieliłam się z Wami moimi słodkościami tudzież innymi specjałami, które pojawiają się w naszej kuchennej codzienności, zatem dziś odrobina tegoż co utrwaliłam jakiś czas temu w kadrze...

Mój mały pieszczoch, często towarzyszy mi w kuchennych wariacjach, przypatrując się z niekłamanym zainteresowaniem...
A ja od kilku dni bzikuję na tle śliwek.. niestety jakiś czas temu zjedliśmy ostatni słoiczek maminych powideł, przywiezionych zeszłego roku, dzięki naszej samochodowej wyprawie do Polski - najlepsze na świecie!! Uwielbiam je i choć zdaję sobie sprawę, iż każdy z Was może to powiedzieć o powidłach swoich mam, tudzież swoich własnych - dla mnie, powidła mojej mamy są najpyszniejsze spośród tych jakie jadałam.
Tym niemniej, postanowiłam w tym roku sama, posmażyć choćby kilka słoiczków na zimowe dni..
Rozpoczęłam od truskawkowej marmolady, zachęcona przepisem proponowanym przez autorkę bloga "Around the kitchen".. kiedy jednak pojawiły się śliwki w bardzo porządanej cenie - rozpoczęłam swoją własną zabawę w odkrywanie nowej konfiguracji smaków.. usmażyłam 3 wersje - pierwsza niestety przesłodzona, (którą szybciutko wzbogaciłam kolejną porcją śliwek, dzięki czemu uzyskałam porządany smak.. doprawiony nutą cynamonu i goździków), przy kolejnych byłam już znacznie otrożniejsza, dodając zaledwie odrobinę cukru trzcinowego...
Ku mojej ogromnej radości efekt końcowy okazał się naprawdę smakowity, i przyznam, że nie jestem pewna która wersja jest moją ulubioną, aczkolwiek nadal mam ochotę na kolejne wysmażanie.. wszak, w zimowe wieczory posmak lata zatrzymany w pysznych powidłach, jest najlepszym antidotum na zimowe szarugi..




czwartek, 17 czerwca 2010
Popołudniowe smaki..
..mam w sobie czułość dla starszych ludzi,większą nawet niż dla dzieci, zwierząt i zakochanych"
..Kiedy mieszkałam w Poznaniu, często odwiedzałam bary mleczne - zazwyczaj smaczne jedzenie, za bagatelnie niską cenę, stwarzało namiastkę domowej kuchni mojej mamy.
Często zamawiałam zupę szczawiową oraz naleśniki z białym serem i owocami.
Odwiedzałam różne bary, zazwyczaj najlepsze jedzenie bywało w tym najuboższym, przypominającym późne lata 70. Tam też, przychodzili najbiedniejsi ludzie - w niemej ciszy spożywali swoje skromne posiłki, po czym wychodzili niczym samotni wędrowcy, w świat jakże odległy dla wielu z nas..
Przygotowałam dwa dania. Jedno na bazie mieszanki przypraw, które podarowała mi Oleńka (Saag Gosht curry) dodając ulubione słodkie ziemniaki oraz szpinak.
Duszone Bakłażany:
1 duży ziemniak
1 Bakłażan
cebula
pomidor
chili powder lub czerwona papryka, jeśli nie lubimy ostrych dań
kolendra w proszku
sól
Pokrojoną w kostkę cebulę, podsmażamy na 2 łyżkach oliwy do momentu uzyskania złocistego koloru. Następnie dodajemy dużego pomidora bez skórki, pokrojonego również w kostkę.
Podsmażamy krótka chwilę, po czym pozostawiamy do przestygnięcia. Kolejnym krokiem jest zmiksowanie pomidorków, aby uzyskać pure pomidorowo-cebulowe.
Na patelni podgrzewamy 2 łyżki oliwy, po czym dodajemy 2 łyżeczki kolendry oraz łyżeczkę papryki. Do tak podprażonych przypraw dodajemy masę pomidorową, po czym dodajemy pokrojony w nieduże plastry ziemniak wraz z bakłażanem. Potrawę dusimy na małym ogniu, do chwili uzyskania odpowiedniej miękkości.
Ja dodałam również pokrojoną świeżą kolendrę - całość uzyskała balsamiczny, egzotyczny smak, przenosząc nas symbolicznie w odległe rejony Azji..
A na deser ciasto rabarbarowe z aromatyczną kawą..
Pozdrawiam Was serdecznie, życząc pięknego, słonecznego dnia przepełnionami cudownymi aromatami, smakami...
wtorek, 11 maja 2010
Poranne wpieki...
Przebudziłam się o poranku z ogromną ochotą, smaku świeżo wypieczonego pieczywa..
Zapach pieczonego chleba - to pokusa silniejsza ponad wszystko!
Od pomysłu do realizacji nie długa droga, zwłaszcza jeśli naprawdę mamy na coś bardzo ochotę..
Po długich debatach z jakiego skorzystać przepisu, który pozwoliłby na stosunkowo szybką konsumpcję, doszłam do wniosku, iż przeproszę przepis, który otrzymałam od mojej znajomej około 15 lat temu - chleb ten jest niezwykle łatwym i pysznym, a ponieważ piecze się go na drożdżach - nie wymaga długiego procesu wyrastania.
Pamiętam dzień, kiedy upiekłam go pierwszy raz - był ciepły lipcowy dzień,
z wyrobionego ciasta upiekłam 3 duże bochenki w trzech wariacjach smakowych - ze słonecznikiem, soczewicą oraz ze śliwkami.
Każdy smakował wyśmienicie, a mnie wypełniała ogromna radość z faktu, iż upiekłam swój pierwszy chleb.. oczywiście chleb na drożdżach nie jest takim dziełem jak na zakwasie, jednak mimo wszystko moja radość była ogromna.
Był to dzień urodzin mojej dobrej znajomej, a ponieważ wiedziałam, jakie prezenty sprawiają Jej największą radość - podarowałam Jej mój chleb.
Był jeszcze ciepły i pachnący, wraz z bukietem polnych kwiatów stał się skromnym, jednak zapamiętanym do dzisiejszego dnia darem.
Dla tych, którzy chcieliby spróbować - magiczna receptura:
Chleb Ani M.
1kg mąki
25 dag otrąb pszennych
3 łyżki siemienia lnianego
2 łyżki cukru
słonecznik
1 1/2 łyżki soli
1l mleka
10 dag drożdży
W litrowym naczyniu należy rozetrzeć drożdże wraz z cukrem. Dodać podgrzane do 30*C mleko oraz szklankę mąki. Dokładnie wymieszawszy, pozostawiamy do wyrośnięcia.
Mieszamy pozostałe składniki (mąkę, ziarna, mleko) ostatecznie wyrośnięty zaczyn.
W ciepłym miejscu pozostawiamy do wyrośnięcia.
Przełożone do foremek ciasto pieczemy początkowo w 50*C , do momentu aż ciasto wyrośnie, następnie przez 80min w 200*C.
Tym razem przepis odrobinę zmodyfikowałam, dodając odrobinę pieczonej cebulki oraz 3 łyżki rozdrobnionych pomidorów z czarnymi oliwkami.
Z części ciasta upiekłam bułeczki, które posmarowane surowym jajkiem - uzyskały złocistą, chrupiącą skórkę.
W oczekiwaniu na opóźniające się śniadanie, postanowiłam zaspokoić rosnący głód Damiana - słodkimi naleśnikami.. w duecie z konfiturą z dzikiej róży oraz pachnącą kawą - smakowały przepysznie!


Kochani!
Z winy mojego laptopa, tudzież innej tajemniczej przyczyny, moje problemy z dodawaniem komentarzy znów się pojawiły :(
Mogę dodawać kolejne posty, ale nic poza tym..
Chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować - za Wasze współczucie, serdeczności i przestrogi - Kaprysiu, zapewne masz rację co do cierpliwości Bogów :)
Będę rozważniejsza i bardziej uważna.. wierzcie mi lub nie, po moich ostatnich wypadkach, naprawdę zachowuję maximum uwagi na drodze (kiedyś samochód potrącił mnie w miejscu, gdzie wiodła ścieżka rowerowa, on powinien stanąć, ja miałam pierwszeństwo - on oczywiście odjechał, jednak inny kierowca zaniepokojony zatrzymał się pytając czy wszystko ze mną w porządku. Od tamtej pory zachowawczo, to ja zwalniam w tym miejscu z obawy przed natrafieniem na kolejnego szalonego kierowcę).
Cóż, tym razem po prostu oślepiło mnie słońce - co tutaj w Szkocji nie często się zdarza!!
Dziewczyny!
Wasze historie poruszyły mnie bardzo (Alexo - czytając Twoje słowa, łzy wypełniły moje oczy! Jak dobrze, że pojawiła się owa kobieta w tamtym czasie!)
Jolu - ponoć każdy z nas ma swojego anioła - opinia ta jest odczuciem subiektywnym - jednakże wielce prawdopodobnym!
Dziękuję Wam bardzo, za chęć podzielenia się ze mną Waszymi doświadczeniami - jeśli złośliwość przedmiotów martwych ustąpi - powrócę jeszcze do minionego postu..
Kończąc moje pisanie - Kaprysiu - dziękuję za zaproszenie do zabawy - niebawem podzielę się z Wami, moją krótką historią 10 zdjęcia :)
Serdecznie Was pozdrawiam i życzę spokojnej nocy!!!
środa, 5 maja 2010
Smak minionych podróży oraz florystyczne impresje..

Spędziłam wczoraj długi dzień w szpitalu.. wbrew moim ostatnim odczuciom - był to dobry dzień. Myślałam długo o tym co napisałam poprzedniej nocy - bywa, iż moje emocje rodzą myśli i słowa, które ukazują wnętrze pełne rozterek, tęsknot za tym czego nie robię a robić pragnę.. zasypiałam w złym nastroju, a poranek nie zmienił tego stanu, pomimo nieśmiałych promieni słońca..
Zatapiając się w poczuciu słabości, przez moment pozwoliłam aby czarne chmury osnuły moje wnętrze.. nie powinnam pisać w takich chwilach, bowiem każda minuta rodząca się w ramionach dnia przynosi nowe refleksje, jaśniejsze spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość..
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!!
poniedziałek, 3 maja 2010
Anioły i demony...
Memu przebudzeniu towarzyszyła aura wątpliwego optymizmu..
Jedynie widok śpiącej obok Mocci, drobinę rozpromienił moje pochmurne wnętrze - przebudziwszy się dość późno, odsysałam zalegające w głowie nieprzyjemne uczucia i myśli - niedawno byłam na rozmowie o pracę - było miło, ale nie chcą mnie.. otrzymałam wiadomość, iż w przyszłości mogę zgłosić swoją kandydaturę raz jeszcze, ale tym razem - życzą mi tylko powodzenia na przyszłość! Standardowa procedura - miła, jakby na to nie spojrzeć - choć tak naprawdę pozostawia posmak goryczy..
To oczywiście nie koniec świata.. tak naprawdę pragnęłam podjąć tę pracę głównie dlatego, iż atmosfera na moim oddziale jest na tyle ciężka, iż miewam dni, kiedy po prostu nie mam sił tam przebywać - psychicznie, a to gorsze od jakiegokolwiek zmęczenia fizycznego - fizycznie mój organizm regeneruje się bardzo szybko.. psychicznie - boleje, truchleje, zapada się w głębokie otchłanie rozpaczy - a droga regeneracji trwa długo...
I pomimo tego, iż mój bezpośredni kontakt z naszymi pacjentami, najzwyczajniej w świecie sprawia mi radość oraz pozostawia poczucie, iż to co robię jest wartościowe i dobre - pragnę opuścić to miejsce.. dlatego, kiedy zostałam zaproszona na rozmowę - odebrałam to jako szansę na ucieczkę z miejsca, które jest dla mnie ważne, jednocześnie pochłaniające tak wiele mojej energii, iż zaczynam odczuwać, iż moje pragnienia zaczynają topnieć a prawdziwa przyczyna chęci zmiany, zanika niczym kra pływająca po wzburzonym morzu ... cóż, najwyraźniej nie jest to jeszcze czas opuszczenia szpitala, tym niemniej pierwsze blokady zostały przełamane..
"Bierność nigdy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ wszystko dookoła się zmienia, a my musimy dostosować się do tego rytmu.." pisze Paulo Coehlo, a Sophia Loren mówi: "rób to, co kochasz" ...
Aby ugasić rozpalony natłok myśli - przygotowałam kawę z cynamonem w prawdziwym ekspresie.. ugotowałam owsiankę po czym włączyłam Carminę Buranę..
Zapach kawy unosił się w powietrzu a ja podążałam szlakiem moich pragnień - moja znajoma powiedziała mi wczoraj: "zanim zaczniesz biegać, musisz nauczyć się chodzić" - małymi krokami do celu.. z uśmiechem na ustach!
..Jeden z pacjentów w rozmowie z pielęgniarką, powiedział - uśmiecham się, bowiem gdybym tego nie robił, nieustannie bym płakał.. Jego życie wraz z pojawieniem się choroby zmieniło się diametralnie - jednak każdego dnia, obdarza nas jednym z najcieplejszych uśmiechów jakie widziałam!
Kiedy zaglądam do D. (pacjenta o którym wspominałam wcześniej), niezmiennie wita mnie również z promiennym uśmiechem oraz ciepłymi słowami - na przekór początkowej niechęci - traktuje mnie teraz z ogromną sympatią, a co najważniejsze pomijając chwile kiedy naprawdę odczuwa ogromny ból - bywa naprawdę sympatycznym człowiekiem dla wszystkich..
Moja praca naprawdę daje mi dużo satysfakcji, jednak chciałabym aby moja codzienność wyzwalała moją kreatywność.. aby twórcza cząstka mego wnętrza miała możliwość zaistnienia częściej aniżeli bywa to dotychczas...
Myśli wyzwalają pragnienia i tęsknoty.. za smakami, zapachami.. barwami - mozaiką codzienności, która kreuje nasze życie..
Jestem przekonana, iż zawsze kiedy czegoś pragniemy bardzo mocno - w końcu, to do nas przychodzi.. lub jak powiedziała Oleńka - powraca do nas!
Kiedy przyjechałam do Szkocji, odwiedziłam pewien sklep z pięknymi drobiazgami z różnych zakątków świata - pamiętam też, iż zatrzymałam się na dłużej przy pewnej książce kucharskiej - nie jest ona jednak typową książką z przepisami - to zbiór pięknych zdjęć, wspomnień i najbardziej ulubionych dań, jakie smakowali autorzy podczas licznych podróży po świecie - World food cafe - książka, która przenosi w świat piękny i smakowity! Mnie oczarowała - niestety cena jej była zbyt wysoka na ówczesny mój budżet, choć i teraz nie mogę powiedzieć, iż należy do najtańszych.. przyznaję, iż długo myślałam jednak o niej a i posiadaczką jej pragnęłam zostać.. w końcu jednak, gdzieś umknęło moje pragnienie..
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy podczas naszej wizyty u Oli (która co prawda nie ma teraz czasu na prowadzenie bloga, ale również go posiada!), w rozmowie o ulubionych smakach, naszej wyprawie do Maroka - powiedziała, iż ma pewną książkę, która może spodoba mi się - kiedy zobaczyłam okładkę, poczułam jak dreszcz przebiega po mych plecach, niczym ciepły powiew wiatru!
Była to książka, którą tak bardzo chciałam zakupić - przeglądam ją teraz z pasją oraz ogromną fascynacją i nie mogę się nacieszyć, iż powróciła do mnie!!
Będzie u mnie gościć przez jakiś czas, dzięki serdeczności Oleńki - inspirując w sztuce jaką jest gotowanie...
Analizując przemykające myśli - odkrywam nader wyraziście, jak bardzo pragnę sztuki i choćby małej cząstki artyzmu w moim życiu.. bez względu na jakiej płaszczyźnie się on objawia..
Dziś zaczerpnąwszy inspiracje z "World food cafe" - przygotowałam danie przenoszące mnie w odległe zakątki egzotycznej Azji..
"Saag paneer" - szpinak w kuchni Indyjskiej jest jednym z moich ulubionych dań - z cząsteczkami sera wraz z charakterystycznymi przyprawami oraz odrobiną śmietany - sprawia, iż moje podniebienie doświadcza uczty niezwykle wykwintnej!!
Przygotowując ów potrawę, niestety nie miałam możliwości uzyskania dokładnie tegoż samego smaku, jaki pamiętam choćby z naszych ostatnich 3 wizyt w Indyjskich restauracjach podczas naszej podróży wzdłuż Wybrzeża Anglii - jednak dodając szczyptę cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru oraz odrobiny curry - uzyskałam smak wielce zadowalający :)
Wraz z zieloną herbatą zaparzoną w glinianym dzbaneczku - rozkoszowaliśmy się smakiem wyrafinowanym i bardzo sugestywnym..
Moje poranne chmury rozwiały się wraz z pierwszym zapachem unoszącym się znad rozgrzanego wooka.. a kiedy po południu poddałam się florystycznym przemianom (efekty końcowe zaprezentuję Wam następnym razem) - słońce rozjaśniało na dobre... zakupiliśmy tez bilety na "Nędzników" - czekałam na to zaledwie... 11 lat! Ale o tym już po musicalu...
Dziś odrobinę wspomnień z naszej podróży - Eden Project - nie sądziłam, że tak szybko tam dotrzemy - jeszcze nie tak dawno zaczytywałam się o nim u Uli, pamiętam pomyślałam wówczas, iż kieniecznie musimy któregoś dnia tam dotrzeć - i dotarliśmy.. szybciej aniżeli mogłabym się tego spodziewać!
Kończąc - myśl ostatnia... anioły i demony pojawiały się w moich myślach wraz z rodzącymi zawirowaniami dzisiejszego poranka.. kiedy wczorajszego wieczoru, powiedziałam jednej z pacjentek, iż jest moim aniołem - dotknęła dłonią mojej twarzy, po czym serdecznie ucałowała - to wywołało łzy w moich oczach i rozczuliło moje serce.. jestem przekonana, iż anioły wędrują z nami przez całe życie - ukazują się w różnych sytuacjach, miejscach.. demony również - one jednak zazwyczaj odchodzą jeśli nie pozwalamy im zawładnąć naszym umysłem...
Poniższy anioł z rozpostartymi ramionami, spogląda w ciszy na wędrujących podróżnych, nieopodal Newcastle.
Wczorajszego wieczoru natknęłam się przez przypadek na coś niewiarygodnie pięknego!
Dreszcze emocji wstrząsają mną za każdym razem, kiedy to widzę!
Kocham gimnastykę równie mocno jak taniec, jako dziecko marzyłam o tym aby uprawiać gimnastykę artystyczną - dziś zostałam oczarowana tym co pokazali Ci młodzi ludzie!!
Jeśli nie widzieliście - koniecznie musicie to zobaczyć!!!
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i pięknych snów życzę.. a może poranka??!!! :)
czwartek, 25 lutego 2010
Urodzinowe ciasto.. oraz sentymentalna wędrówka uliczkami Barcelony..
Z tej okazji upiekłam kolejny tort z serii czekoladowych wypieków..
Tort czekoladowo - maślany jest wyjątkowo prostą i pyszną formą czekoladowej pokusy....

Dobrej nocy Wam życzę!!!
środa, 17 lutego 2010
Pralinowe ciasto czekoladowe.. dwa anioły oraz niespodziewana wizyta w teatrze!
Wracając do domu wstąpiłam na przysłowiowe 5 min do domu moich przyjaciół.. którzy wybierali się dzisiejszego wieczoru na The Sound of music. Nagle okazało się, iż mama Gail nie może pójść, w związku z czym jeden bilet pozostał samotny, a jego los mógł zmienić,nikt inny tylko ja :)
Moja tęsknota za muzyką, śpiewem, tańcem, teatrem.. dawno przekroczyła granice cichej akceptacji, co prawda wybieramy się na Nędzników, na których nota bene - czekałam zaledwie 11 lat!! Ale to dopiero w kwietniu!
Kiedy zatem zostałam poinformowana, iż zostaję niejako porwana na przedstawienie - moje wnętrze zostało poruszone dogłębnie!
..Zamykam oczy i znów znajduję się w wytwornej sali, we wnętrzu zdobionym głęboką czerwienią.. dookoła balkony pięknie rzeźbione, na których z niecierpliwością wyczekują złaknieni muzyki pierwsi widzowie..
Pierwsze dźwięki.. pierwsze emocje.. uczucia rodzące się wraz z płynącą muzyką..
Pełna nostalgii chwila...
Zadziwia mnie fakt, jak bardzo los postanawia mnie czasem rozpieszczać - obdarza mnie perełkami, których nie spodziewam się - w każdym razie, nie koniecznie w danym momencie mego życia.. a które mimo wszystko rodzą się w mojej niemej tęsknocie..
Dziś moja dusza została po dwakroć zaskoczona - niespodziwanie znalazłam się w miejscu za którym od dawna bardzo tęskniłam.. do którego oczywiście pozornie łatwo dotrzeć.. jednak nie zawsze bywa to takie proste i oczywiste..
Poza tym - nasze plany związane z tegorocznym wyjazdem, nagle stały się bardzo realne - Ryanair - ogłosił bardzo przyjemną promocję, dzięki czemu zakupiliśmy bilety do Maroka :) Do wyjazdu pozostało jeszcze "troszkę" czasu, ale już teraz wypełnia mnie dreszcz emocji i radość jaka towarzyszy każdej wyprawie! :))
Gail miała rację mówiąc dziś "iż życie rzeczywiście może być nieoczekiwanym i pięknym prezentem!"
...Kilka dni temu z okazji urodzin mojego brata - ja dokonałam maleńkiego, smakowitego wypieku...
TORT PRALINOWY
Ciasto:
150g gorzkiej kuwertury
100g mąki
25g mąki ziemniaczanej
3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
125g cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
3 jajka
100g masła
Nadzienie:
500g bitej śmietany
100g kremu orzechowego
300g gorzkiej kuwertury
1-2 łyżki likieru pomarańczowego
Zanim przystąpimy do wypieku samego ciasta, przygotowujemy nadzienie - masę o prawdziwie królewskim smaku!
Śmietanę doprowadzamy do wrzenia, po czym zdejmujemy z ognia po czym dodajemy krem orzechowy wraz z połamaną kuwerturą. Dodajemy likier.. ja likieru nie nie posiadałam, jednak dodałam kilka kropli olejku pomarańczowego oraz likier orzechowy mojego wyrobu..
Całość mieszamy, tak aby uzyskać aksamitną masę.
Autor poleca pozostawić gotową masę na noc do schłodzenia - niestety po raz kolejny nie doczytawszy, musiałam zadowolić się kilkoma godzinami..
Kiedy masa nabiera swojej wyrazistości w lodówce tudzież naprawdę zimnym balkonie.. możemy zabrać się za przygotowanie ciasta!
Rozpoczynamy od połamania kuwertury, którą rozpuszczamy w kąpieli wodnej.
W misce mieszamy przesianą mąkę, mąkę ziemniaczaną wraz z proszkiem do pieczenia. Dodajemy cukier, cukier waniliowy, jajka i masło. Wszystkie składniki ucieramy mikserem przez około 2 min. Na koniec dodajemy rozpuszczoną kuwerturę. Tak przygotowaną masę na ciasto, przekładamy do tortownicy, wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w temp. 160 stopni przez około 30-35 min.
Upieczone ciasto schładzamy, które następnie należy przekroić, aby ostatecznie przełożyć masą śmietanowo-czekoladową!
Masa śmietanowo-czekoladowa...
Przyznam, iż początkowo myślałam, że masę tę należy schłodzić i będzie gotowa.. jednak jak się okazało, aby uzyskać jej królewsko - aksamitny powab, należy uprzednio schłodzoną śmietanę czekoladową, ubić na wspomniany powyżej aksamitny krem!
Aby przełamać odrobinę czekoladowy ton tortu - dodałam również kawałki ananasa, które myślę bardzo sympatycznie współgrały z czekoladową masą..
W pierwotnej wersji, ciasto miało być przybrane ubitą śmietaną, posypaną kakaem - jednak ponieważ ilość masy czekoladowej była tak pokaźna, postanowiłam wykorzystać ją również do przybrania ciasta.
Efekt końcowy już znacie - a z mojej strony, choć muszę przyznać, iż samo ciasto nie jest mistrzostwem świata w poznanych mi dotąd ciastach czekoladowych - mimo wszystko jest bardzo przyjemne.. być może odrobinę za suche - jednakże w towarzystwie kremu czekoladowego z delikatną nutą pomarańczy - przeistacza się w przepyszny smakołyk godny królewskich komnat :)
Smacznego!!!
..oprócz tortu, wypiekłam również dwa anioły - maleńkie upominki.. nie koniecznie dla mojego osobistego brata ;)