Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lutego 2012

W Walentynkowej aurze..


Niebo wieczorową porą było dziś wyjątkowe.. malowane pomarańczą, czerwienią, żółcią oraz skrawkami błękitu..
Tuląc się w ciepłym kocu, popijając ciepłą herbatę, spoglądałam na tę plejadę barw, to znów na iskrzące się płomyki zapalonych świeczek..
Dziś Walentynki, a do głowy powraca mi obraz z minionej soboty..
Podczas mojego dyżuru na sąsiednim oddziale, postanowiłam odwiedzić jednego pacjenta, który od niedawna znajduje się na naszym oddziale. Wcześniej kilkakrotnie widywałam Go, pracując właśnie na tym sąsiednim. Starszy Pan to 90letni człowiek, który ostatnimi czasy wyjątkowo trudno znosił swoją starość. Kiedykolwiek miałam okazję z Nim rozmawiać, nieustannie powtarzał, iż jest bardzo zmęczony i pragnie odejść. Tym razem, kiedy przywitałam się z Nim, na Jego twarzy rozjaśniał uśmiech - to niezwykłe widząc taką odmianę, wcześniej nigdy nie uśmiechnął się choćby przez sekundę..ku memu zaskoczeniu, wiecie o co mnie zapytał? Czy nadal Go kocham??
Cóż, szpital w którym pracuję, to bardzo specyficzne, czasem bardzo trudne, ale jednocześnie wyjątkowe miejsce. Starsi ludzie, często potrafią obdarować dobrym słowem, czasem komplementy starszych panów, potrafią poprawić humor w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Jednak pytanie Bobiego, po prostu mnie rozbroiło.. Ten uroczy starszy Pan, nagle rozjaśniał, jak popołudniowe słońce.. na Jego stoliku, w małej miseczce leżała pomarańcza. Zapytałam Go czy miałby ochotę na nią, czy mogłabym Mu ją obrać.. odpowiedział, iż dziś nie, ale ma nadzieję, iż pewnego dnia to uczynię.. umówiliśmy się na środę : )
A środa już jutro...
Wybaczcie, nie mogłam się oprzeć aby przy okazji dzisiejszego dnia, nie opowiedzieć Wam tej krótkiej historii..

Nie było mnie tak strasznie długo, po prostu brak mi czasu na internetowy świat. Od kilku dni jednak zmagałam się z przeziębieniem, jakim to prawdo podobnie wielu z Was się zmaga w tym niesprzyjającym czasie, zatem odrobinkę nadrabiam.. wczoraj dzień cały poświęciłam na uzupełnienie mojego "miejsca w sztuce" , troszkę to chyba tak, iż po świętach będziemy mieć nowy przedmiot -  Digital design, a jednym z naszych zadań będzie założenie bloga.. ale przecież ja już go mam, więc postanowiłam wykorzystać czas i pouzupełniać troszkę zaległości. Jeśli kiedyś będziecie mieli ochotę go odwiedzić, zapraszam, choć ostrzegam - moje poczynania artystyczne są takie, jakie są i powiem Wam szczerze, iż pragnęłabym aby moje umiejętności były znacznie lepsze :(  ..cóż nie należę do osób, które potrafią zachwalać samego siebie, raczej wręcz przeciwnie.. co nie oznacza, iż nie cieszy mnie fakt, iż dano mi szansę artystycznej edukacji - to cudowna przygoda, która mam nadzieję, potrwa jeszcze długo. Zatem jeśli będziecie mieć ochotę - My space in art.

Na zakończenie - zdjęcia z minionego tygodnia, będąc na krótkim spacerze uliczkami Edinburgha, nie mogłam się oprzeć aby choć kilka zdjęć zrobić.. a sernik, już jakiś czas temu upiekłam z przepisu Liski - przepyszny! Polecam!





Kochani - soczystych pomarańczy Wam życzę! A dla rozmatycznych.. odrobina muzyki..

 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Domowy kiermasz codzienności - temat przewodni - kulinarnia...

"We wrzawie świata
zgubić własny głos,
widzialność marzeń,
w bezsenną wierzyć noc.
Zapatrzyć się w niebo,
oddychać życiem,
i w śpiewie ptaka,
i w zgiełku dni."
- Marek Grechuta
Lato powolnym truchtem dobiega do końca swego maratonu..
Mijają dni sielskiej kontemplacji a jej miejsce zajmuje codzienna krzątanina..
Słońce jeszcze przygrzewa od czasu do czasu, jednak coraz częściej budzą nas szare, deszczowe dni. Na szczęście w Szkocji pogoda zmienną jest - dzięki czemu, poranek nie zawsze bywa zapowiedzią rodzącego się dnia.. często pomimo szarej aury zionącej z grafitowego nieba - już w południe niebo przyodziewa jasne, słoneczne szaty obdarzając nas skrawkami odchodzącego lata..
Coraz częściej jednak odkrywam jesienne symptomy.. opadające z nostalgią, rudziejące liście.. zimne podmuchy wiatru..
..a na straganach jesienne owoce (te, istnieją bardziej w mojej wyobraźni, bowiem straganów kipiących soczystymi owocami, warzywami.. raczej w Edinburghu się nie uraczy - bywają takie w wybrane dni, jednak ja osobiście zazwyczaj mam ograniczone możliwości dotarcia na nie).
Tym niemniej, w sklepach królują śliwki - i tu znów, niestety nie są to moje ulubione węgierki, jednakże równie smaczne - jeśli się śliwki darzy sympatią..

Wraz z końcem lata, kończymy nasze wyjazdy pod namiot - z żalem, bowiem tak naprawdę moglibyśmy jeszcze nie raz opuścić naszą miejską przystań, podążając w ciche pustkowia.. choćby na jedną noc.. niestety (biorąc pod uwagę nadchodzący brak czasu, na takie przyjemności), dziś rozpoczynamy naukę. :)
To nowy rozdział w naszej szkockiej rzeczywistości - zarówno dla mnie, jak i dla Damiana bardzo ekscytujący!
Być może dzieliłam się już kiedyś z Wami, moim cichym marzeniem - od wielu lat w mojej duszy pobrzmiewało, niczym bijący dzwon kościelny, ciche pragnienie..
Wychowałam się w małym, malowniczym miasteczku, w którym każdego roku pojawiali się młodzi artyści - malarze, fotografowie.. przycupnięci w okolicznych zaułkach wraz ze swoimi sztalugami, sycili moją duszę artystycznym duchem...
Przyznaję, że pomimo tego, iż przez te wszystkie lata, duch ten wypełniał moje wnętrze niezmiennie - moja droga artystyczna była bardzo skąpo przyodziana w artystyczne szaty..
Posmak artyzmu pobrzmiewał zawsze w moim życiu, jednak najczęściej objawiał się on w tak zwanym craft - odrobina twórczej kreacji w poszczególnych dziedzinach.. wszystkiego po troszku.. zatem tak naprawdę, żadne to życie artystyczne, raczej kreowanie artystycznego ducha...
Kiedy rok temu złamałam nogę, miałam nadzwyczaj dużo czasu.. na rozmyślania, podejmowanie decyzji, odkładanych ciągle na później..
Postanowiłam, iż czas najwyższy zmierzyć się z marzeniami i.. choćby spróbować :)
Udało się - myślę, że w dużej mierze również dzięki Wam!!!
Nie zawsze wierzę, iż moje pragnienia mają odzwieciedlenie w potencjale, który mogłabym urzeczywistnić.. jednak tak często obdarzaliście mnie pozytywną energią, tyle pochwał i zachęt usłyszałam z Waszej strony, iż w końcu uwierzyłam, iż przynajmniej mogę spróbować - złożyłam zatem aplikacje do collegu, w czerwcu zostałam zaproszona na rozmowę i egzamin.. a tuż przed wyjazdem do Maroka otrzymałam list z informacją, iż zostałam przyjęta :)
Moja radość jest naprawdę wielka - pomimo tego, iż to tylko roczny kurs Art & Design, cieszę się ogromnie! Przy czym jeśli moje umiejętności okażą się zadowalające.. oraz przede wszystkim j. angielski w stopniu umożliwiającym mi dalszą naukę - będę mogła ją kontynuował na wyższym już poziomie.. tak czy owak - dziękuję Wam za wiele inspiracji i motywacji, które rodziły się we mnie dzięki Wam!!

W założeniu dzisiejszego posta, miał być duch kulinarny, jako motyw przewodni..
Dawno nie dzieliłam się z Wami moimi słodkościami tudzież innymi specjałami, które pojawiają się w naszej kuchennej codzienności, zatem dziś odrobina tegoż co utrwaliłam jakiś czas temu w kadrze...

Mocca króluje, oczywiście... :0)
Mój mały pieszczoch, często towarzyszy mi w kuchennych wariacjach, przypatrując się z niekłamanym zainteresowaniem...

A ja od kilku dni bzikuję na tle śliwek.. niestety jakiś czas temu zjedliśmy ostatni słoiczek maminych powideł, przywiezionych zeszłego roku, dzięki naszej samochodowej wyprawie do Polski - najlepsze na świecie!! Uwielbiam je i choć zdaję sobie sprawę, iż każdy z Was może to powiedzieć o powidłach swoich mam, tudzież swoich własnych - dla mnie, powidła mojej mamy są najpyszniejsze spośród tych jakie jadałam.

Tym niemniej, postanowiłam w tym roku sama, posmażyć choćby kilka słoiczków na zimowe dni..
Rozpoczęłam od truskawkowej marmolady, zachęcona przepisem proponowanym przez autorkę bloga "Around the kitchen".. kiedy jednak pojawiły się śliwki w bardzo porządanej cenie - rozpoczęłam swoją własną zabawę w odkrywanie nowej konfiguracji smaków.. usmażyłam 3 wersje - pierwsza niestety przesłodzona, (którą szybciutko wzbogaciłam kolejną porcją śliwek, dzięki czemu uzyskałam porządany smak.. doprawiony nutą cynamonu i goździków), przy kolejnych byłam już znacznie otrożniejsza, dodając zaledwie odrobinę cukru trzcinowego...
Ku mojej ogromnej radości efekt końcowy okazał się naprawdę smakowity, i przyznam, że nie jestem pewna która wersja jest moją ulubioną, aczkolwiek nadal mam ochotę na kolejne wysmażanie.. wszak, w zimowe wieczory posmak lata zatrzymany w pysznych powidłach, jest najlepszym antidotum na zimowe szarugi..



Niedawno, w poszukiwaniu "utraconych smaków".. niestety przy niewielkiej zawartości lodówki - postanowiłam upiec jedną z moich ulubionych tart - a właściwie quiche.
Przy niewielkim nakładzie sił, można w szybki sposób wyczarować coś pysznego.. co w towarzystwie ulubionego wina oraz odrobiny soczystej sałaty - z powodzeniem może uchodzić za miano wytwornego dania.. :)
Dla chętnych, szybki przepis:
Ciasto:
200g mąki (półtorej szklanki)
2 żółtka
12 dkg masła
szczypta soli oraz garść pokrojonej świeżej natki pietruszki
Farsz:
1 cebula lub por
175g pieczarek pokrojonych w plasterki
1 łyz soku z cytryny
1/3 szklanki pokrojonej natki pietruszki
1 jajko
1/3 szklanki śmietany kremówki
odrobina startego żółtego sera
oraz sól, pieprz, gałka muszkatołowa do smaku
Miękkie masło mieszamy z żółtkiem i solą, po czym dodajemy mąkę zagniatając ciasto.
Po schłodzeniu wykładamy natłuszczoną formę - ja zazwyczaj podpiekam ciasto, do momentu aż osiągnie delikatnie zarumienioną barwę, po czym nakładam podsmażoną opcjonalnie cebulkę lub por wraz z pieczarkami, zakropione sokiem z cytryny.. Następnie zalewam je jajkami roztrzepanymi ze śmietaną, odpowiednio doprawione, wymieszane ostatecznie z pokrojoną natką pietruszki..
Zapiekam około 20-30min.
Smakuje naprawdę dobrze!

A na deser, wyjątkowo szybkie ciasto czekoladowe wzbogacone przeze mnie soczystymi śliwkami... natrafione przypadkowo na blogu Agaty



A w chwilach pomiędzy tym wszystkim.. masosolny tworek - aniołek.. tym razem ze zwykłą głową uturlaną w mych dłoniach.. przyczyna - niewystarczająca ilość ciasta..


To tyle z dzisiejszych różności.. rozpisałam się strasznie, mam nadzieję, że nie zanudziłam Was zbytnio... a sama zmykam, bowiem za niecałą godzinę - pierwszy dzień w szkole :)
Pozdrawiam Was ciepło, przesyłając wiele serdeczności!!!

czwartek, 17 czerwca 2010

Popołudniowe smaki..

"Od jakiegoś czasu, kiedy tylko mogę, jadam obiady w barze niedaleko mojej pracy. W oknie baru wisi napis: Tu się jada jak u mamy". Jasno, czysto, bez złych zapachów. W barze jest dobry klimat, a przy stolikach - osobowości. Głównie ubodzy staruszkowie obojga płci - schludni, godni, delikatni w obejściu, czasem są zawstydzeni...

..mam w sobie czułość dla starszych ludzi,większą nawet niż dla dzieci, zwierząt i zakochanych"

- Sonia Raduńska "kartki z białego zeszytu"

..Kiedy mieszkałam w Poznaniu, często odwiedzałam bary mleczne - zazwyczaj smaczne jedzenie, za bagatelnie niską cenę, stwarzało namiastkę domowej kuchni mojej mamy.
Często zamawiałam zupę szczawiową oraz naleśniki z białym serem i owocami.
Odwiedzałam różne bary, zazwyczaj najlepsze jedzenie bywało w tym najuboższym, przypominającym późne lata 70. Tam też, przychodzili najbiedniejsi ludzie - w niemej ciszy spożywali swoje skromne posiłki, po czym wychodzili niczym samotni wędrowcy, w świat jakże odległy dla wielu z nas..

Pamiętam bardzo wyraźnie, rodzący się smutek mieszany z czułością w zakamarkach mego serca obserwując Ich smutną samotność, okraszoną zupą pomidorową..
Dziś, najczęściej jadamy posiłki w domu, czerpiąc inspiracje z napływających wspomnień, poddając się ulotnej chwili kruchych sentymentów, przygotowuję dania mniej lub bardziej skomplikowane.. w zależności od intensywności obrazów, wypełniających me wnętrze..
03.06.10
Dzisiejszego poranka, poddaję się leniwej ciszy.. tylko ja i książka.
Niczym nurt rzeki unoszę swe myśli wraz z płynącą treścią - docieram do Umbryjskiego Orvieto. Dzięki Marlenie de Blasi, poznaję miejsca, ludzi, tamtejsze obyczaje.. oraz smaki, całą gamę smaków lawirujących w tamtejszej przestrzeni.. znów zaczynam tęsknić za tym miejscem, za Toskanią będącą obietnicą piękna i prostoty bliską memu sercu..
Dzisiejszy dzień oczarowuje blaskiem i przyjemnym ciepłem.. zaplanowałam spacer uliczkami Edinburgha - jednak intensywność lektury zatrzymuje mnie w domu.
Dobrze mi z moją książką, z muzyką kołyszącą mą duszę, z moim małym ogrodem.. z Moccą.
Minuty istnienia przeradzają się w godziny..
Za oknem biją dzwony popychane wiatrem, zbliża się chwila powrotu Damiana.
Kończąc swoją lekturę, rozpoczynam rytuał gotowania.
Myślami ciągle jeszcze wędruję wśród Toskańskich wzgórz i soczystych winnic oliwnych, niemalże czując jej smak i zapach. Sama jednak decyduję się na przygotowanie dania indyjskiego..
Kilka dni temu moja koleżanka z pracy - Julie, będąc rodowitą Hinduską, obdarowała mnie jednym z tradycyjnych przepisów.
Aromatyczna mieszanka ziół wypełnia niemalże całe mieszkanie.. aby dopełnić całości, zapalam przywiezione z Nepalu kadzidełko..
Małe okruchy szczęścia, zaczynają tworzyć mozaikę wyjątkowości..

Przygotowałam dwa dania. Jedno na bazie mieszanki przypraw, które podarowała mi Oleńka (Saag Gosht curry) dodając ulubione słodkie ziemniaki oraz szpinak.

Druga, to ta z przepisu Julie, to pyszne duszone bakłażany z ziemniakami w sosie pomidorowym.

Duszone Bakłażany:

1 duży ziemniak
1 Bakłażan
cebula
pomidor
chili powder lub czerwona papryka, jeśli nie lubimy ostrych dań
kolendra w proszku
sól

Pokrojoną w kostkę cebulę, podsmażamy na 2 łyżkach oliwy do momentu uzyskania złocistego koloru. Następnie dodajemy dużego pomidora bez skórki, pokrojonego również w kostkę.
Podsmażamy krótka chwilę, po czym pozostawiamy do przestygnięcia. Kolejnym krokiem jest zmiksowanie pomidorków, aby uzyskać pure pomidorowo-cebulowe.
Na patelni podgrzewamy 2 łyżki oliwy, po czym dodajemy 2 łyżeczki kolendry oraz łyżeczkę papryki. Do tak podprażonych przypraw dodajemy masę pomidorową, po czym dodajemy pokrojony w nieduże plastry ziemniak wraz z bakłażanem. Potrawę dusimy na małym ogniu, do chwili uzyskania odpowiedniej miękkości.
Ja dodałam również pokrojoną świeżą kolendrę - całość uzyskała balsamiczny, egzotyczny smak, przenosząc nas symbolicznie w odległe rejony Azji..




A na deser ciasto rabarbarowe z aromatyczną kawą..




Pozdrawiam Was serdecznie, życząc pięknego, słonecznego dnia przepełnionami cudownymi aromatami, smakami...

wtorek, 11 maja 2010

Poranne wpieki...



Przebudziłam się o poranku z ogromną ochotą, smaku świeżo wypieczonego pieczywa..
Zapach pieczonego chleba - to pokusa silniejsza ponad wszystko!
Od pomysłu do realizacji nie długa droga, zwłaszcza jeśli naprawdę mamy na coś bardzo ochotę..
Po długich debatach z jakiego skorzystać przepisu, który pozwoliłby na stosunkowo szybką konsumpcję, doszłam do wniosku, iż przeproszę przepis, który otrzymałam od mojej znajomej około 15 lat temu - chleb ten jest niezwykle łatwym i pysznym, a ponieważ piecze się go na drożdżach - nie wymaga długiego procesu wyrastania.
Pamiętam dzień, kiedy upiekłam go pierwszy raz - był ciepły lipcowy dzień,
z wyrobionego ciasta upiekłam 3 duże bochenki w trzech wariacjach smakowych - ze słonecznikiem, soczewicą oraz ze śliwkami.

Każdy smakował wyśmienicie, a mnie wypełniała ogromna radość z faktu, iż upiekłam swój pierwszy chleb.. oczywiście chleb na drożdżach nie jest takim dziełem jak na zakwasie, jednak mimo wszystko moja radość była ogromna.
Był to dzień urodzin mojej dobrej znajomej, a ponieważ wiedziałam, jakie prezenty sprawiają Jej największą radość - podarowałam Jej mój chleb.
Był jeszcze ciepły i pachnący, wraz z bukietem polnych kwiatów stał się skromnym, jednak zapamiętanym do dzisiejszego dnia darem.

Dla tych, którzy chcieliby spróbować - magiczna receptura:

Chleb Ani M.
1kg mąki
25 dag otrąb pszennych
3 łyżki siemienia lnianego
2 łyżki cukru
słonecznik
1 1/2 łyżki soli
1l mleka
10 dag drożdży

W litrowym naczyniu należy rozetrzeć drożdże wraz z cukrem. Dodać podgrzane do 30*C mleko oraz szklankę mąki. Dokładnie wymieszawszy, pozostawiamy do wyrośnięcia.
Mieszamy pozostałe składniki (mąkę, ziarna, mleko) ostatecznie wyrośnięty zaczyn.
W ciepłym miejscu pozostawiamy do wyrośnięcia.
Przełożone do foremek ciasto pieczemy początkowo w 50*C , do momentu aż ciasto wyrośnie, następnie przez 80min w 200*C.

Tym razem przepis odrobinę zmodyfikowałam, dodając odrobinę pieczonej cebulki oraz 3 łyżki rozdrobnionych pomidorów z czarnymi oliwkami.
Z części ciasta upiekłam bułeczki, które posmarowane surowym jajkiem - uzyskały złocistą, chrupiącą skórkę.

W oczekiwaniu na opóźniające się śniadanie, postanowiłam zaspokoić rosnący głód Damiana - słodkimi naleśnikami.. w duecie z konfiturą z dzikiej róży oraz pachnącą kawą - smakowały przepysznie!





Kochani!

Z winy mojego laptopa, tudzież innej tajemniczej przyczyny, moje problemy z dodawaniem komentarzy znów się pojawiły :(
Mogę dodawać kolejne posty, ale nic poza tym..


Chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować - za Wasze współczucie, serdeczności i przestrogi - Kaprysiu, zapewne masz rację co do cierpliwości Bogów :)
Będę rozważniejsza i bardziej uważna.. wierzcie mi lub nie, po moich ostatnich wypadkach, naprawdę zachowuję maximum uwagi na drodze (kiedyś samochód potrącił mnie w miejscu, gdzie wiodła ścieżka rowerowa, on powinien stanąć, ja miałam pierwszeństwo - on oczywiście odjechał, jednak inny kierowca zaniepokojony zatrzymał się pytając czy wszystko ze mną w porządku. Od tamtej pory zachowawczo, to ja zwalniam w tym miejscu z obawy przed natrafieniem na kolejnego szalonego kierowcę).
Cóż, tym razem po prostu oślepiło mnie słońce - co tutaj w Szkocji nie często się zdarza!!

Dziewczyny!
Wasze historie poruszyły mnie bardzo (Alexo - czytając Twoje słowa, łzy wypełniły moje oczy! Jak dobrze, że pojawiła się owa kobieta w tamtym czasie!)
Jolu - ponoć każdy z nas ma swojego anioła - opinia ta jest odczuciem subiektywnym - jednakże wielce prawdopodobnym!
Dziękuję Wam bardzo, za chęć podzielenia się ze mną Waszymi doświadczeniami - jeśli złośliwość przedmiotów martwych ustąpi - powrócę jeszcze do minionego postu..

Kończąc moje pisanie - Kaprysiu - dziękuję za zaproszenie do zabawy - niebawem podzielę się z Wami, moją krótką historią 10 zdjęcia :)

Serdecznie Was pozdrawiam i życzę spokojnej nocy!!!

środa, 5 maja 2010

Smak minionych podróży oraz florystyczne impresje..

O poranku otrzymałam maleńką paczuszkę - to niespodzianka jaką wysłała dla mnie Oleńka - 3 torebeczki z egzotycznie pachnącymi mieszankami przypraw!
Zapach odległych Indii, osnute białym śniegiem himalajskie szczyty oraz nepalskie wędrówki, nagle powróciły niczym wczorajsze marzenia..
Jak wiele tęsknot powraca otulając nas swoją słodyczą?

Spędziłam wczoraj długi dzień w szpitalu.. wbrew moim ostatnim odczuciom - był to dobry dzień. Myślałam długo o tym co napisałam poprzedniej nocy - bywa, iż moje emocje rodzą myśli i słowa, które ukazują wnętrze pełne rozterek, tęsknot za tym czego nie robię a robić pragnę.. zasypiałam w złym nastroju, a poranek nie zmienił tego stanu, pomimo nieśmiałych promieni słońca..
Zatapiając się w poczuciu słabości, przez moment pozwoliłam aby czarne chmury osnuły moje wnętrze.. nie powinnam pisać w takich chwilach, bowiem każda minuta rodząca się w ramionach dnia przynosi nowe refleksje, jaśniejsze spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość..
Pozwala dostrzec nowe perspektywy i możliwości..
Udziela wskazówek którą drogą podążać, pomimo rodzących się wątpliwości.
Kiedy skupiłam się nad małym florystycznym przeobrażeniem, którego efekty możecie ocenić poniżej - pojawiły się pierwsze uczucia pozytywnej energii - uzdrawiającej niczym źródlana woda..
Powróciłam przez moment w miejsca, które odwiedziliśmy - Majorkę, z której przywiozłam zasuszone liście przypominające kwiat (który po okresie, kiedy królował w misie z innymi zdobyczami, stał się elementem, z którym nie do końca wiedziałam co mam zrobić).. tutejsze góry Grampiany, które odwiedziliśmy podczas niedawnej wycieczki - nieopodal jeziora nad którym zasypiały pokryte śniegiem stateczne szczyty, napotkałam pokaźną ilość suchych gałęzi - ich wiotka i delikatna postura skusiła mnie do tego, aby zabrać je do domu - aby w przyszłości wykorzystać w tworzeniu florystycznych impresji..
Układając bukiet z zebranych dobrodziejstw, wykorzystałam również zasuszone papryczki, czekające na swoją wielką chwilę..
Nie jest to wielkie arcydzieło, jednak bardzo lubię momenty, kiedy z poszczególnych elementów powstaje harmonijna całość.
Papryczki ożywiły surową posturę stroika, dodając mu odrobiny pikanterii - podobnie jak te w dzisiejszych potrawach, które ugotowałam dzięki Oleńce!
Chęć na egzotykę smaku nadal wywołuje we mnie dreszcz motywujący do działania..
Niespodzianka w postaci różnorodnych przypraw - stała się doskonałym pretekstem do ugotowania czegoś naprawdę egzotycznego!
Xacutti curry!
- to kompozycja wiórków kokosowych, imbiru, czosnku, cebuli, pasty curry, świeżej papryczki chilli oraz kilku innych dodatków.
Wykorzystując ową mieszankę, sporządziłam dwa różne dania, przedtem jednak zagotowałam ją z 300 ml wody wraz 60ml mleczka kokosowego. Następnie podzieliłam na dwie części.
Do jednej z nich dodałam pokrojone w kostkę 2 słodkie ziemniaki oraz różyczki z połowy niewielkiego kalafiora. Gotując je do momentu kiedy osiągnęły stan chrupiącej miękkości. Mieszając je delikatnie w międzyczasie, ostatecznie połączyłam z 4 łyżkami rozdrobnionych pomidorów oraz 2 łyżkami cukru trzcinowego.
Gotowane przez kolejne 5-10min osiągnęły stan aksamitnej plejady smaków - bogactwo różnorodności, spójnie tworzące pełną egzotyki całość.
Druga część posłużyła mi jako bazę do potrawy podobnej do tej, którą przygotowałam ostatnim razem - różniąca się jednak zdecydowanie poszczególnymi przyprawami. Poza tym aby uzyskać zdecydowanie wyrazistszy smak kokosa, dodałam jeszcze raz około 150 ml mleka kokosowego.
Listki świeżego szpinaku zanurzyłam w gotującej się, pachnącej Hawajami mlecznej konsystencji, a po około 10min, szpinak połączyłam z kawałkami żółtego sera - przy czym polecany jest tradycyjny ponir.
Doprawiwszy odrobiną soli oraz cukru - uzyskałam potrawę, która idealnie komponuje się wraz z jaśminowym ryżem!
Kolejna magiczna mieszanka, to:
Tarka Dhal Curry - pomarańczowa soczewica wraz z papryczką chilli, różnymi przyprawami oraz świeżymi listkami currry - pikantna z nutą dalekiego Nepalu..
Czas poświęcony na przygotowanie dań, stał się wędrówką ku miejsc do których w przyszłości pragnęłabym powrócić - dziś aromat zarówno palącego się kadzidełka jak i poszczególnych przypraw - zawirował w naszym wnętrzu, niczym chorągiewki powiewające na wietrze..
Olu - dziękuję Ci raz jeszcze za tę ucztę smakowo -estetyczną!!!
Wszystkich zainteresowanych mieszankami, zapraszam na stronę sklepu:
A jeśli mielibyście ochotę raz jeszcze, powędrować ze mną szlakiem angielskiego wybrzeża - zapraszam Was serdecznie tutaj!



Bywają chwile, kiedy miewam tylko złudzenia...
..Innym razem wierzę, pomimo wszystko we własne marzenia!!!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!!

poniedziałek, 3 maja 2010

Anioły i demony...

"Kochać silniej, żyć intensywniej, podejmować większe ryzyko."
- Paulo Coelho

Memu przebudzeniu towarzyszyła aura wątpliwego optymizmu..
Jedynie widok śpiącej obok Mocci, drobinę rozpromienił moje pochmurne wnętrze - przebudziwszy się dość późno, odsysałam zalegające w głowie nieprzyjemne uczucia i myśli - niedawno byłam na rozmowie o pracę - było miło, ale nie chcą mnie.. otrzymałam wiadomość, iż w przyszłości mogę zgłosić swoją kandydaturę raz jeszcze, ale tym razem - życzą mi tylko powodzenia na przyszłość! Standardowa procedura - miła, jakby na to nie spojrzeć - choć tak naprawdę pozostawia posmak goryczy..
To oczywiście nie koniec świata.. tak naprawdę pragnęłam podjąć tę pracę głównie dlatego, iż atmosfera na moim oddziale jest na tyle ciężka, iż miewam dni, kiedy po prostu nie mam sił tam przebywać - psychicznie, a to gorsze od jakiegokolwiek zmęczenia fizycznego - fizycznie mój organizm regeneruje się bardzo szybko.. psychicznie - boleje, truchleje, zapada się w głębokie otchłanie rozpaczy - a droga regeneracji trwa długo...
I pomimo tego, iż mój bezpośredni kontakt z naszymi pacjentami, najzwyczajniej w świecie sprawia mi radość oraz pozostawia poczucie, iż to co robię jest wartościowe i dobre - pragnę opuścić to miejsce.. dlatego, kiedy zostałam zaproszona na rozmowę - odebrałam to jako szansę na ucieczkę z miejsca, które jest dla mnie ważne, jednocześnie pochłaniające tak wiele mojej energii, iż zaczynam odczuwać, iż moje pragnienia zaczynają topnieć a prawdziwa przyczyna chęci zmiany, zanika niczym kra pływająca po wzburzonym morzu ... cóż, najwyraźniej nie jest to jeszcze czas opuszczenia szpitala, tym niemniej pierwsze blokady zostały przełamane..

"Bierność nigdy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ wszystko dookoła się zmienia, a my musimy dostosować się do tego rytmu.." pisze Paulo Coehlo, a Sophia Loren mówi: "rób to, co kochasz" ...

Aby ugasić rozpalony natłok myśli - przygotowałam kawę z cynamonem w prawdziwym ekspresie.. ugotowałam owsiankę po czym włączyłam Carminę Buranę..
Zapach kawy unosił się w powietrzu a ja podążałam szlakiem moich pragnień - moja znajoma powiedziała mi wczoraj: "zanim zaczniesz biegać, musisz nauczyć się chodzić" - małymi krokami do celu.. z uśmiechem na ustach!
..Jeden z pacjentów w rozmowie z pielęgniarką, powiedział - uśmiecham się, bowiem gdybym tego nie robił, nieustannie bym płakał.. Jego życie wraz z pojawieniem się choroby zmieniło się diametralnie - jednak każdego dnia, obdarza nas jednym z najcieplejszych uśmiechów jakie widziałam!
Kiedy zaglądam do D. (pacjenta o którym wspominałam wcześniej), niezmiennie wita mnie również z promiennym uśmiechem oraz ciepłymi słowami - na przekór początkowej niechęci - traktuje mnie teraz z ogromną sympatią, a co najważniejsze pomijając chwile kiedy naprawdę odczuwa ogromny ból - bywa naprawdę sympatycznym człowiekiem dla wszystkich..
Moja praca naprawdę daje mi dużo satysfakcji, jednak chciałabym aby moja codzienność wyzwalała moją kreatywność.. aby twórcza cząstka mego wnętrza miała możliwość zaistnienia częściej aniżeli bywa to dotychczas...

Myśli wyzwalają pragnienia i tęsknoty.. za smakami, zapachami.. barwami - mozaiką codzienności, która kreuje nasze życie..
Jestem przekonana, iż zawsze kiedy czegoś pragniemy bardzo mocno - w końcu, to do nas przychodzi.. lub jak powiedziała Oleńka - powraca do nas!
Kiedy przyjechałam do Szkocji, odwiedziłam pewien sklep z pięknymi drobiazgami z różnych zakątków świata - pamiętam też, iż zatrzymałam się na dłużej przy pewnej książce kucharskiej - nie jest ona jednak typową książką z przepisami - to zbiór pięknych zdjęć, wspomnień i najbardziej ulubionych dań, jakie smakowali autorzy podczas licznych podróży po świecie -
World food cafe - książka, która przenosi w świat piękny i smakowity! Mnie oczarowała - niestety cena jej była zbyt wysoka na ówczesny mój budżet, choć i teraz nie mogę powiedzieć, iż należy do najtańszych.. przyznaję, iż długo myślałam jednak o niej a i posiadaczką jej pragnęłam zostać.. w końcu jednak, gdzieś umknęło moje pragnienie..
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy podczas naszej wizyty u
Oli (która co prawda nie ma teraz czasu na prowadzenie bloga, ale również go posiada!), w rozmowie o ulubionych smakach, naszej wyprawie do Maroka - powiedziała, iż ma pewną książkę, która może spodoba mi się - kiedy zobaczyłam okładkę, poczułam jak dreszcz przebiega po mych plecach, niczym ciepły powiew wiatru!
Była to książka, którą tak bardzo chciałam zakupić - przeglądam ją teraz z pasją oraz ogromną fascynacją i nie mogę się nacieszyć, iż powróciła do mnie!!
Będzie u mnie gościć przez jakiś czas, dzięki serdeczności Oleńki - inspirując w sztuce jaką jest gotowanie...

Analizując przemykające myśli - odkrywam nader wyraziście, jak bardzo pragnę sztuki i choćby małej cząstki artyzmu w moim życiu.. bez względu na jakiej płaszczyźnie się on objawia..

Dziś zaczerpnąwszy inspiracje z "World food cafe" - przygotowałam danie przenoszące mnie w odległe zakątki egzotycznej Azji..

"Saag paneer" - szpinak w kuchni Indyjskiej jest jednym z moich ulubionych dań - z cząsteczkami sera wraz z charakterystycznymi przyprawami oraz odrobiną śmietany - sprawia, iż moje podniebienie doświadcza uczty niezwykle wykwintnej!!

Przygotowując ów potrawę, niestety nie miałam możliwości uzyskania dokładnie tegoż samego smaku, jaki pamiętam choćby z naszych ostatnich 3 wizyt w Indyjskich restauracjach podczas naszej podróży wzdłuż Wybrzeża Anglii - jednak dodając szczyptę cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru oraz odrobiny curry - uzyskałam smak wielce zadowalający :)
Wraz z zieloną herbatą zaparzoną w glinianym dzbaneczku - rozkoszowaliśmy się smakiem wyrafinowanym i bardzo sugestywnym..

Moje poranne chmury rozwiały się wraz z pierwszym zapachem unoszącym się znad rozgrzanego wooka.. a kiedy po południu poddałam się florystycznym przemianom (efekty końcowe zaprezentuję Wam następnym razem) - słońce rozjaśniało na dobre... zakupiliśmy tez bilety na "Nędzników" - czekałam na to zaledwie... 11 lat! Ale o tym już po musicalu...

Dziś odrobinę wspomnień z naszej podróży - Eden Project - nie sądziłam, że tak szybko tam dotrzemy - jeszcze nie tak dawno zaczytywałam się o nim u Uli, pamiętam pomyślałam wówczas, iż kieniecznie musimy któregoś dnia tam dotrzeć - i dotarliśmy.. szybciej aniżeli mogłabym się tego spodziewać!





Kończąc - myśl ostatnia... anioły i demony pojawiały się w moich myślach wraz z rodzącymi zawirowaniami dzisiejszego poranka.. kiedy wczorajszego wieczoru, powiedziałam jednej z pacjentek, iż jest moim aniołem - dotknęła dłonią mojej twarzy, po czym serdecznie ucałowała - to wywołało łzy w moich oczach i rozczuliło moje serce.. jestem przekonana, iż anioły wędrują z nami przez całe życie - ukazują się w różnych sytuacjach, miejscach.. demony również - one jednak zazwyczaj odchodzą jeśli nie pozwalamy im zawładnąć naszym umysłem...

Poniższy anioł z rozpostartymi ramionami, spogląda w ciszy na wędrujących podróżnych, nieopodal Newcastle.

Wczorajszego wieczoru natknęłam się przez przypadek na coś niewiarygodnie pięknego!

Dreszcze emocji wstrząsają mną za każdym razem, kiedy to widzę!
Kocham gimnastykę równie mocno jak taniec, jako dziecko marzyłam o tym aby uprawiać gimnastykę artystyczną - dziś zostałam oczarowana tym co pokazali Ci młodzi ludzie!!

Jeśli nie widzieliście - koniecznie musicie to zobaczyć!!!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i pięknych snów życzę.. a może poranka??!!! :)

czwartek, 25 lutego 2010

Urodzinowe ciasto.. oraz sentymentalna wędrówka uliczkami Barcelony..

Zawsze kiedy mija czwartek - mija mój wyczekiwany niemalże z bólem weekend.. co prawda od niedawna usilnie staram się zmienić 5 dniowy tydzień pracy w 3 długie dni - w ten sposób zyskuję 2 dni na możliwość wykonywania tego co naprawdę bardzo lubię.. niestety w związku z moim długim chorobowym, zmiana musi przechodzić pewne etapy.. w związku z czym ten system zapewne zostanie wcielony w życie, nie wcześniej aniżeli w kwietniu :( może w końcu znów uda mi się zapisać na zajęcia z ceramiki??!! mam taką nadzieję, bowiem bardzo stęskniłam się za miękką strukturą gliny, która przeistacza się pod wpływem moich rąk w najróżniejsze formy.. bardzo to relaksujące a zarazem inspirujące..

..Wczoraj mała Laura skończyła rok!
Z tej okazji upiekłam kolejny tort z serii czekoladowych wypieków..

TORT CZEKOLADOWO - MAŚLANY
Biszkopt:
4 jajka
3łyżki gorącej wody
150g cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
100g mąki
25g mąki ziemniaczanej
2 płaskie łyżki proszku do pieczenia
Krem maślany:
1 opakowanie budyniu czekoladowego
75 cukru
500ml mleka
100g gorzkiej czekolady
300g masła w temp. pokojowej


Tort czekoladowo - maślany jest wyjątkowo prostą i pyszną formą czekoladowej pokusy....
Rozpoczynamy od przygotowania biszkoptu, który to, jak każda gospodyni wie - należy przyrządzić ubijając jajka wraz z wodą (wg powyższego przepisu), a następnie dodając cukier. Ubijamy do momentu uzyskania gęstej konsystencji, którą to mieszamy z przesianą mąką (zarówno pszenną, jak i ziemniaczaną oraz proszkiem do pieczenia). Ciasto przekładamy do natłuszczonej oraz wyłożonej papierem do pieczenia formy).
Ciasto wypiekamy w temp. 160S około 25-30 min.
Upieczone, po czym przestudzone ciasto przekrawamy a następnie smarujemy np. marmoladą malinową (ja skorzystałam z konfitury porzeczkowej mojej mamy), następnie smarujemy kremem maślanym.
Krem maślany przygotowujemy ucierając masło mikserem, dodając przestudzony, wcześniej przygotowany budyń, w którym rozpuściliśmy uprzednio kawałki czekolady.
Prosto i nieskomplikowanie..
.
Moje wypiekanie bywa często tajemniczym eksperymentowaniem.. nie zawsze wynika to bezpośrednio z mojej intencji twórczej - wręcz przeciwnie.. zakładając, iż posiadam wszystkie składniki, zabieram się do pieczenia.. po czym okazuje się, ze brakuje mi jakiegoś składnika :(
nie zawsze jest to koniec świata - bowiem dany składnik można przecież zastąpić innym!
Tym razem głęboko przekonana, iż posiadam budyń oraz gorzką czekoladę, którą to kupowałam podczas ostatnich zakupów - niestety musiałam zmodyfikować odrobinę powyższy krem.
Zamiast budyniu - dodałam dwa opakowania czekoladowego custard (150g opakowanie), (tutejsza wersja budyniu, który zresztą baaaardzo lubię :) ).
A czekoladę zastąpiłam 100g nutelli - efekt końcowy okazał się bardzo smakowity - jak powiedział Przemek ...! hmm.. może niechaj pozostanie to w sferze niedopowiedzianych słów ;)
Tym niemniej naprawdę smakowity! Podobnie biszkopt - pomimo tego, iż zazwyczaj korzystam z wypróbowanego przepisu - ten okazał się równie smaczny, delikatny z nutką wilgotności...
Zapraszam - częstujcie się moi drodzy!!! W końcu to urodzinowy tort Laury!!!

...wczorajszego wieczoru oglądaliśmy film "Vicky Cristina Barcelona" - a dziś wsłuchana w muzykę - przymknąwszy powieki, spaceruję uliczkami Barcelony - słonecznej, pełnej niespiesznej nostalgii.. stęskniłam się za włóczęgą wśród ciepłych uliczek, pachnących przeszłością.. uliczek pełnych tysięcy okiennic, kryjących tajemnice intrygujących wnętrz..

..kilka dni temu Damian obdarzył mnie surowym sercem oraz bukietem róż.. róże niestety zaczęły zatracać swoją aksamitną delikatność - przeistaczając się purpurową szorstkość, która kryje w sobie piękno przemijania..

..aby uchronić je przed przedwczesnym pożegnaiem - pozwoliłam zasuszyć się płatkom, przyozdabiając nimi wiklinowe serce...

..na koniec moje ulubione krzesło w dwóch ujęciach...





Dobrej nocy Wam życzę!!!

środa, 17 lutego 2010

Pralinowe ciasto czekoladowe.. dwa anioły oraz niespodziewana wizyta w teatrze!

" life indeed can be an unexpected and beautiful gift”
- Gail..

...Kończąc dzisiejszego dnia pracę, nie spodziewałam się, iż czeka mnie tak piękny wieczór!
Wracając do domu wstąpiłam na przysłowiowe 5 min do domu moich przyjaciół.. którzy wybierali się dzisiejszego wieczoru na The Sound of music. Nagle okazało się, iż mama Gail nie może pójść, w związku z czym jeden bilet pozostał samotny, a jego los mógł zmienić,nikt inny tylko ja :)
Moja tęsknota za muzyką, śpiewem, tańcem, teatrem.. dawno przekroczyła granice cichej akceptacji, co prawda wybieramy się na Nędzników, na których nota bene - czekałam zaledwie 11 lat!! Ale to dopiero w kwietniu!
Kiedy zatem zostałam poinformowana, iż zostaję niejako porwana na przedstawienie - moje wnętrze zostało poruszone dogłębnie!

..Zamykam oczy i znów znajduję się w wytwornej sali, we wnętrzu zdobionym głęboką czerwienią.. dookoła balkony pięknie rzeźbione, na których z niecierpliwością wyczekują złaknieni muzyki pierwsi widzowie..
Pierwsze dźwięki.. pierwsze emocje.. uczucia rodzące się wraz z płynącą muzyką..
Pełna nostalgii chwila...

Zadziwia mnie fakt, jak bardzo los postanawia mnie czasem rozpieszczać - obdarza mnie perełkami, których nie spodziewam się - w każdym razie, nie koniecznie w danym momencie mego życia.. a które mimo wszystko rodzą się w mojej niemej tęsknocie..

Dziś moja dusza została po dwakroć zaskoczona - niespodziwanie znalazłam się w miejscu za którym od dawna bardzo tęskniłam.. do którego oczywiście pozornie łatwo dotrzeć.. jednak nie zawsze bywa to takie proste i oczywiste..

Poza tym - nasze plany związane z tegorocznym wyjazdem, nagle stały się bardzo realne - Ryanair - ogłosił bardzo przyjemną promocję, dzięki czemu zakupiliśmy bilety do Maroka :) Do wyjazdu pozostało jeszcze "troszkę" czasu, ale już teraz wypełnia mnie dreszcz emocji i radość jaka towarzyszy każdej wyprawie! :))

Gail miała rację mówiąc dziś "iż życie rzeczywiście może być nieoczekiwanym i pięknym prezentem!"


...Kilka dni temu z okazji urodzin mojego brata - ja dokonałam maleńkiego, smakowitego wypieku...

TORT PRALINOWY

Ciasto:
150g gorzkiej kuwertury
100g mąki
25g mąki ziemniaczanej
3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
125g cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
3 jajka
100g masła

Nadzienie:
500g bitej śmietany
100g kremu orzechowego
300g gorzkiej kuwertury
1-2 łyżki likieru pomarańczowego

Zanim przystąpimy do wypieku samego ciasta, przygotowujemy nadzienie - masę o prawdziwie królewskim smaku!

Śmietanę doprowadzamy do wrzenia, po czym zdejmujemy z ognia po czym dodajemy krem orzechowy wraz z połamaną kuwerturą. Dodajemy likier.. ja likieru nie nie posiadałam, jednak dodałam kilka kropli olejku pomarańczowego oraz likier orzechowy mojego wyrobu..

Całość mieszamy, tak aby uzyskać aksamitną masę.

Autor poleca pozostawić gotową masę na noc do schłodzenia - niestety po raz kolejny nie doczytawszy, musiałam zadowolić się kilkoma godzinami..

Kiedy masa nabiera swojej wyrazistości w lodówce tudzież naprawdę zimnym balkonie.. możemy zabrać się za przygotowanie ciasta!

Rozpoczynamy od połamania kuwertury, którą rozpuszczamy w kąpieli wodnej.
W misce mieszamy przesianą mąkę, mąkę ziemniaczaną wraz z proszkiem do pieczenia. Dodajemy cukier, cukier waniliowy, jajka i masło. Wszystkie składniki ucieramy mikserem przez około 2 min. Na koniec dodajemy rozpuszczoną kuwerturę. Tak przygotowaną masę na ciasto, przekładamy do tortownicy, wyło
żonej papierem do pieczenia. Pieczemy w temp. 160 stopni przez około 30-35 min.

Upieczone ciasto schładzamy, które następnie należy przekroić, aby ostatecznie przełożyć masą śmietanowo-czekoladową!

Masa śmietanowo-czekoladowa...

Przyznam, iż początkowo myślałam, że masę tę należy schłodzić i będzie gotowa.. jednak jak się okazało, aby uzyskać jej królewsko - aksamitny powab, należy uprzednio schłodzoną śmietanę czekoladową, ubić na wspomniany powyżej aksamitny krem!

Aby przełamać odrobinę czekoladowy ton tortu - dodałam również kawałki ananasa, które myślę bardzo sympatycznie współgrały z czekoladową masą..

W pierwotnej wersji, ciasto miało być przybrane ubitą śmietaną, posypaną kakaem - jednak ponieważ ilość masy czekoladowej była tak pokaźna, postanowiłam wykorzystać ją również do przybrania ciasta.

Efekt końcowy już znacie - a z mojej strony, choć muszę przyznać, iż samo ciasto nie jest mistrzostwem świata w poznanych mi dotąd ciastach czekoladowych - mimo wszystko jest bardzo przyjemne.. być może odrobinę za suche - jednakże w towarzystwie kremu czekoladowego z delikatną nutą pomarańczy - przeistacza się w przepyszny smakołyk godny królewskich komnat :)

Smacznego!!!


..oprócz tortu, wypiekłam również dwa anioły - maleńkie upominki.. nie koniecznie dla mojego osobistego brata ;)



..a dziś - wraz z Moccą, małą kokietką - życzę Wam spokojnych snów!!






ps. Dziękuję za przesłane komentarze - dobrze czytać Wasze myśli - dziękuję raz jeszcze i wspomnę tylko, iż radością dla mnie dużą jest fakt, iż niektórzy z Was pragną się nimi dzielić ze mną!!
Pozdrawiam serdecznie zarówno piszących jak i tych milczących!! :)



LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin