Wraz z moją dobrą znajomą i jej przeuroczym synem (o zatrważająco długich rzęsach), wybrałyśmy się na spacer po parku.. niestety nasza wyprawa zakończyła się nader szybko, bowiem A. nieostrzeżenie wpadł - sunął po trawie jak po lodzie, po czym wylądował w głębokiej kałuży przykrytej kolorowymi liśćmi...
Niestety przemoczone, biedne dziecię ze łzami w oczach wróciło do domu.. a ja samotnie powędrowałam w kierunku starego miasta...
W oddali muzyka nieznanego grajka, kołysała zziębnięte liście, a mnie ogarnęła cicha nostalgia...
Powolnym krokiem, podążałam ku wąskim uliczkom byłej stolicy Szkocji - Dunfermline, było stolicą do 1603 roku. Odległe to czasy, jednak z łatwością można poczuć choćby namiastkę dawnej świetności. Stare kamienice, ratusz, brukowane uliczki...dostojne Opactwo Dunfermline.
Zamyślone, wyciszone niczym stary zakonnik spoglądało na mnie z wielu zakątków miasta.
W końcu dotarłam, a ono otoczyło mnie swoją nostalgiczną aurą..
Moja osobista nostalgia dotarła w miejsce, gdzie przeszłość niczym leniwy strumień snuła swoje opowieści. Kiedy przekroczyłam próg opactwa, zadrżała ma dusza..zza grubych murów dobiegał bardzo cichy dźwięk organów. Muzyka sączyła się równie dostojnie i dotkliwie, jak sam budynek kościoła emanował swoją dostojnością.. stojąc przez dłuższą chwilę, w skupieniu pozwalałam aby dźwięki sączyły się tym powolnym rytmem, wypełniając zakamarki mego jestestwa..
Cudowna chwila..
Niedawno skończyłam czytać kolejną książkę dotyczącą burzliwego i trudnego życia Van Gogha. Piszę kolejną, bowiem jakiś cichy wewnętrzny głos, co jakiś czas nakłania mnie do sięgania po kolejną. Przyznam, iż nazbierało mi się już kilka pozycji, które odsłaniają kolejne tajniki życia tego niezwykłego artysty.. Jego smutek i ogromna pasja tworzenia były niezwykłe.. jego nostalgia i jego szaleństwo.. miłość do sztuki, miłość do nieosiągalnych Mu kobiet..
Kiedy opowiadałam mojemu znajomemu o ostatniej, którą przeczytałam (kobiety w życiu van Gogha), zapytał, czy słyszałam utwór napisany właśnie o Vincencie.
Zasłuchałam się w niego tak jak spoglądam teraz na Jego obrazy...
Poprzez rudawo - miodowe liście prześwitują jasne promienie słońca. Ponad nami błękitne niebo oraz wysokie, znacznie wyższe aniżeli zazwyczaj - drzewa wielkoludy.. Po dokładnej selekcji okalających nas zewsząd odgłosów, wyłuskujemy niczym orzeszki z łupinki, szeleszczące liście, z delikatnością opadające na kamienne ławeczki.. W pobliżu łoskot przepływającej rzeki oraz małych i większych wodospadzików.. Ta kraina to niczym fragment oglądanej baśni - chwilami mrocznej i tajemniczej. Przepełnionej cudowną wonią igliwia oraz ukrytych skrzętnie grzybów. To kraina Wielkich drzew - The Young Giants of the Heritage - miejsce oddalone od Edinburgha około 2 godzin. Cudowne miejsce na jednodniowe oderwanie się od pędzących samochodów, nieustannych robót drogowych (których niestety w Edinburghu nie brakuje), oraz idealne sacrum do zgłębienia własnej duszy... zatracenia pośród kaskady opadających liści przyodzianych w jesienne barwy...
Pozdrawiam Was serdecznie, życząc pięknego weekendu..a ja sama wykorzystując wolny dzień, wyruszam ku dawnej stolicy Szkocji.. ale o tym już innym razem. : )
The one far from home, the one that fills your soul.
Take care of the one that holds your hand,
When it's cold."
Jestem w Edinburghu..
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż tydzień temu niespodziewanie wyjechałam do Polski. Niestety czasem życie układa za nas swój scenariusz, zmuszając nas do niezaplanowanych czynów.. tak bywa podczas podróży, ale i w normalnym codziennym życiu, zdarzają się nam takie niespodzianki - niestety nie zawsze miłe i optymistyczne, choć czy do końca wiemy, jaki był ich prawdziwy sens?
Od jakiegoś czasu, choć zanurzona po czubek nosa w pracy jaką dostarcza mi szkoła, z niecierpliwością czekałam na przylot moich rodziców, który splatał się z przerwą jesienną, jaką mamy w collegu. Niestety tuż przed przylotem zaistniały niespodziewane okoliczności, które sprawiły, iż to ja poleciałam do Polski do rodziców, a nie Oni do mnie.
Tydzień rozpoczęty niepokojem, minął jednak szybko z optymistyczną nutą w sercu.. a kiedy już co najmniej spokojnie pakowałam niewielki bagaż, szykując dokumenty potrzebne do przelotu - odkryłam, iż nigdzie nie ma mojego dowodu osobistego, a paszport bezpiecznie spoczywa w przeznaczonej na ten cel skrzyneczce.. ale w Edinburghu! Początkowo, sądziłam, iż jak to ze mną bywa, niefortunnie włożyłam ów dowód pomiędzy stronice książki (oczywiście mało to rozsądny fakt), przeszukałam wszystkie możliwe zakamarki, pamiętałam, iż ostatni raz trzymałam go w ręce po przylocie do Polski na lotnisku, następnie szybkim krokiem podążyłam ku busikowi, który zawiózł mnie do Szczecina.. i tym tropem powinnam podążać od początku. Jednak mnie wydawało się, iż jedynym możliwym miejscem zagubienia, było właśnie lotnisko. Zatem odbyłam kilkanaście telefonów, 3 razy rozmawiałam ze Strażą graniczną, w końcu zgłosiłam zagubienie na Policji, a następnego dnia zastrzegłam go zarówno w banku, jak i Urzędzie Stanu Cywilnego - nie jestem pewna, czy powinnam o tym pisać, bowiem dowód został ostatecznie unieważniony - a mnie cudem udało się pokonać granicę!
Jak do tego doszło? Otóż ostatnim krokiem, jaki poczyniłam, był telefon do firmy przewozowej, która ponownie miała mnie zabrać na lotnisko. Podczas rozmowy, kiedy napomknęłam, iż nie mogę lecieć bowiem zgubiłam dowód osobisty, Pani zapytała, kiedy przyleciałam, po czym poinformowała mnie bardzo spokojnie, iż ów dowód leży u Nich! W jednej sekundzie, odczułam ulgę, radość i rozgoryczenie.. przecież mogłam spokojnie odlecieć, bez zbędnych porannych zabiegów zapobiegawczych, nadmiernych emocji - niekoniecznie pozytywnych.. Oczywiście cała ta sytuacja świadczy o mojej roztargnionej naturze, jednak przez chwilę ogarnęła mnie ogromna rozpacz, dlaczego osoby, które ów dowód przechowały, nie powiadomiły mnie o tym, tym bardziej, że będąc klientem ich biura, posiadają Oni moje dane, a tym samym adres e-mailowy. Oczywiście nie jest to ich obowiązek i odczuwam wdzięczność, iż nie wyrzucono mojego dowodu po prostu do śmieci, jednak tak po ludzku, najzwyczajniej - czy byłoby to tak ogromnym problemem aby przesłać jedno zdanie.. cóż, dowód odnalazł się, ale ja już zdążyłam go unieważnić! Zatem według prawa, nie mogę przekroczyć granicy. Kiedy jednak rozmawiałam po raz kolejny ze strażnikiem, Ten poinformował mnie, iż być może jeszcze w systemie ogólnodostępnym nie widnieje on jako nieważny, zatem mogę zaryzykować.. Ryzyko o tyle trudne, iż czasu na dojechanie na lotnisko, było jak na lekarstwo - gdyby nie mój brat, który po prostu wszystko porzucił, pokonując ze mną kilkaset kilometrów - nigdy w życiu nie zdążyłabym na godzinę odlotu. Poza tym w głowie bębniło pytanie - czy ów system wykaże, iż w świetle prawa nie mogę opuścić kraju? Przecież widziałam, jak Pani skrupulatnie wypełnia wniosek w Internecie, po czym potwierdza, iż dowód winien być unieważniony! Zatem? Kolejny raz duża doza szczęścia.. do strażnika podchodziłam z walącym sercem i.. uśmiechem na twarzy dla niepoznaki.. ale pomimo tego, iż Pan przeciągnął dokument w sekretnym i złowieszczym dla mnie w danym momencie urządzeniu - po chwili oddał mi go, a tym samym udzielił mi prawa do przekroczenia granicy! Łzy popłynęły mi po twarzy, bowiem, pomimo, iż mój pobyt w Polsce absolutnie nie miał wymiaru wakacyjnego, jednak piękna kolorowa jesień, serdeczność płynąca z serc bliskich nam osób, powodowała, iż każdy dzień stawał się jaśniejszy.. po czym nagle złowieszcze chmury ponownie nadciągnęły niespodziewanie i choć tym razem miały one inny wymiar, skutecznie zasłoniły jasne oblicze nieba.. aby w końcu wszysko zakończyło się dobrze.
To tak naprawdę duża nauka i chwila pokory.. zakończone szczęśliwą nutą.
Piszę o tym, ponieważ w całej tej tygodniowej historii splata się wiele wątków, o których oczywiście nie do końca tak naprawdę wspominam, jednak w tym wszystkim prześwieca duża doza serdeczności, która nas otoczyła - mnie przygarnęła swymi ramionami - za co dziękuję!
A dla osób, które jak ja, miewają chwile roztargnienia - mała przestroga - pieniądze choć ważne, to rzecz nabyta - dokumenty osobiste...hm.. te, a raczej ich utrata mogą przysporzyć nam wielu kłopotów.
Nie będę wspominać o zdrowiu, którego wszystkim Wam życzę!
..Oraz najbliższych i przyjaciół, którzy są z Wami w każdym momencie życia!
ps. Na Policyjnej poczekalni, dostrzegłam słowa prawdo podobnie wypowiedziane, przez bohatera filmu "jestem bogiem" - filmu nie oglądałam, ale słowa zapadły mi w serce - nie przetoczę ich dokładnie, jednak brzmiały mniej więcej tak: ..dbajmy o przypadkowe akty serdeczności!
A ja na zakończenie dodam słowa piosenki:
dbajmy o Tych których kochamy,
Dbajmy o Tych, których potrzebujemy,
Dbajmy o Tych, którzy potrzebują nas najbardziej,
O Tych, daleko od domu, i Tych którzy czują Naszą duszę,
Dbajmy o Tych, którzy trzymają nasze dłonie,
kiedy bywają ona zimne...
Pozdrawiam Was serdecznie po bardzo długiej przerwie.. pozostawiając z kilkoma zdjęciami z Kambodży - Angkor, do którego dotarłam z tak dużym zasobem pozytywnej energii..