środa, 5 września 2012

W krainie 4 tysięcy wysp..

 
 
 
Obiecałam, że powrócę do Luang Prabang.. dziś jednak zabieram Was do krainy czterech tysięcy wysp, gdzie spędziliśmy przesympatyczne, pełne sielankowej atmosfery dni..
Nie jestem pewna, czy rzeczywiście można byłoby doliczyć się aż czterech tysięcy , jednakże na pewno jest ich bardzo wiele, porozrzucanych na miodowej rzece Mekong.. zastanawiałam się jaki tak naprawdę  miała ona kolor.. miodowy, rdzawy..Damian stwierdził, iż po prostu mętny..mi jednak podoba się idea miodowego koloru zmieszanego z odrobiną promieni słońca : )
 
Jak już wspomniałam, wysp jest wiele, oczywiście nie wszystkie bywają zamieszkałe i tylko niektóre przystosowane do napływu turystów, wędrowców i poszukiwaczy przygody..
My zatrzymaliśmy się na wyspie Dondet, która początkowo wzbudziła we mnie niemałe rozczarowanie - ale tylko dlatego, iż spodziewałam się bezludnej wyspy (niemalże :) ), a dotarliśmy do miejsca, które przywitało nas kilkunastoma domkami, stłamszonymi niemalże jeden obok drugiego - a wszystko to, aby ugościć przybyszy z zachodu! Najsmutniejszym jednak, był fakt, iż wraz z turystami, przybywają i plączą się niemalże pod nogami, coraz większe ilości śmieci! Doprawdy smutny to fakt, ponieważ jestem przekonana, iż gdyby nie my - ludzie na wyspie nadal żyliby bardzo blisko natury, bez zbędnych śmieci.
Choć tak naprawdę  nadal żyją, tak jak przed wieloma laty, czego mogliśmy doświadczyć następnego dnia podczas naszej rowerowej wyprawy po dwóch wyspach. Na szczęście im dalej w głąb  - śmieci było coraz mniej, a ludzie toczyli spokojne, niespieszne życie.. pracowali na polach ryżowych, orali ziemię przy pomocy niemalże archaicznych narzędzi oraz cierpliwego woła..przesiadywali przed swoimi domostwami, a po zachodzie słońca, całymi rodzinami zażywali kąpieli w mętnych wodach rzeki Mekong. A to wszystko, my mogliśmy obserwować podczas jazdy rowerem po najdalszych zakątkach tego magicznego miejsca.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Podczas wyprawy, dotarliśmy do dwóch wodospadów, które tak naprawdę były bardzo podobne, jednak różniły się znacznie  obszernością..bulgocząca woda przelewała się z niezmierną prędkością pędząc przed siebie bez opamiętania.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Aby dotrzeć do większego  - Khonephapheng waterfall - musieliśmy najpierw pokonać 7 kilometrów rzeką, a następnie na skuterach - muszę przyznać, iż pierwsze chwile napawały mnie odrobiną grozy, ta jednak szybko przerodziła się w bardzo przyjemne uczucie zmieszane z posmakiem szaleństwa..
 
 
 
 
 
 
Piękna pogoda nagle zamieniła się w rozszalałą ulewę - ta jednak trwała zaledwie kilka minut, po czym słońce znów wyjrzało zza chmur, a my mogliśmy znów kontynuować podróż.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
..ta droga okazała się zdecydowanie za wąska..
 
 
 
 
.. dzieci bez względu na godzinę i miejsce niezmiennie nam towarzyszyły. : )
 
 
Kończąc, pozdrawiam serdecznie oraz dobrej nocy Wam życzę.

piątek, 31 sierpnia 2012

Samsara..nieustanne wędrowanie.


"Sansara (lub samsara)dosłownie oznacza "wędrówkę". Wielu ludzi uważa słowo samsara za buddyjską nazwę miejsca, w którym obecnie żyjemy — miejsca, które opuszczamy, wchodząc w nirwanę. Ale we wczesnych buddyjskich tekstach sansara to nie odpowiedź na pytanie "Gdzie jesteśmy?", samsara odpowiada pytaniu "Co robimy?". Zamiast miejsca jest proces: tendencja do ciągłego tworzenia światów i zamieszkiwania ich. Gdy jeden świat upada, znika, ty tworzysz inny i idziesz do niego. W tym samym czasie spotykasz innych ludzi, którzy tak jak ty stworzyli swoje własne światy".
 (- wg wikipedii)

 
 
  
Na ten film czekaliśmy bardzo długo..kiedy z zapartym tchem oglądałam po raz pierwszy Barakę, chłonęłam obrazy, muzykę..niczym zaczarowana. Niebawem doczytaliśmy, iż twórcy rozpoczęli pracę nad kolejnym filmem - Samsarą. Proces tworzenia trwał ponad 10 lat! A dziś, w końcu dane było nam go obejrzeć. Niestety będzie on dostępny zaledwie przez kolejne 13 dni w Edynburskim Filmhousie.
Podobnie jak Baraka - zachwyca przepiękną kompozycją, muzyką, wyjątkowymi ujęciami.. przeraża jak i zapiera dech w piersiach.. polecam!

Nieustanne wędrowanie... nawiązując do naszej podróży, zabieram Was na krótką wędrówkę po wartym zatrzymania się na dłuższą chwilę Luang Prabang - pełna uroku Laotańska miejscowość, do której zabiorę Was raz jeszcze za kilka dni...
 
 
 
 





Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Życie nad rzeką Mekong.

"Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą.
I jest to rodzaj choroby
 w gruncie rzeczy nieuleczalnej"*
- Ryszard Kapuściński
 

Po niemalże czterech tygodniach nasza podróż dobiegła końca, jednak jak słusznie stwierdził Ryszard Kapuściński,  podróże to rodzaj choroby, z której trudno się wyleczyć.. choć czy istnieje jakikolwiek racjonalny powód, dla którego mielibyśmy poddać się jakiemukolwiek leczeniu?? :)
Podróże dostarczają tak wielu wrażeń i emocji jak tęcza na niebie, a każdy kolor to barwy radości, szczęścia, smutku, zmęczenia, zachwytu, czasem złości i niemocy. Jednakże razem splecione, stają się niezapomnianym przeżyciem, do którego tęsknimy, zaledwie kilka dni po powrocie..

Nasza podróż była długą drogą, którą pokonywaliśmy najróżniejszymi środkami transportu.. począwszy oczywiście od samolotu, po autobusy różnej klasy.. pociąg (19 godzin przez Wietnamskie bezdroża), skuterem, barką, łodzią..oraz rowerem : )
Przyznam, iż rower był jednym z bardziej  może nie szalonych, ale niezwykłych pojazdów, dzięki któremu mogliśmy objechać dwie niewielkiej wielkości Laotańskie wyspy..ale to już oddzielna opowieść.

Laos, był naszym pierwszym celem wędrówki, dlatego kiedy dotarliśmy do Bangkoku, wybraliśmy się na egzotyczne śniadanie na obrzeża miasta, po czym kolejnym samolotem, dotarliśmy do małej miejscowości  Chiang Rai, a dalej autobusem do Chiang Khong - stamtąd do granicy, to zaledwie kilka kilometrów, które natomiast pokonaliśmy Tuk Tukiem.. aby przy samej rzece Mekong przesiąść się na łódź przypominającą długie kajaki.. tym sposobem do Chiang Khong dotarliśmy.. tuż po godzinie 18 - oficjalnym zamknięciu granicy. Na szczęście panowie pozostali po godzinach :) a my zapłaciwszy dolara więcej z tej okazji - przekroczyliśmy jeszcze tego samego dnia granicę z Laosem.



 

..a następnego dnia wyruszyliśmy w dwudniowy rejs poniższą barką po rzece Mekong.
Był to wyjątkowy rejs, począwszy od ludzi, których poznaliśmy w międzyczasie, przepięknym krajobrazie, który towarzyszył nam od początku do końca rejsu.. jak i samej możliwości obserwacji normalnego życia mieszkańców tej pięknej krainy.
Sama barka, jak wiele innych była miejscem szczególnym, bowiem pomijając jej zarobkowy charakter - czyli przewożenie turystów oraz samych  mieszkańców Laosu z jednego miejsca na drugie, jest ona domem dla jej właścicieli.





Pozostawiając po drodze kolejnych pasażerów, mieliśmy okazję zatrzymać się choć na kilka chwil, w maleńkich zagrodach, gdzie z entuzjazmem witały nas dzieci.. czasem na podobieństwo walecznych Szkotów - pokazywały nam swoją tylną część ciała : ) ..choć zdarzyło się to zaledwie raz..




Kolejne postoje były okazją do obopólnej obserwacji - zarówno my ludzie zachodu, byliśmy ciekawi, jak i sami mieszkańcy tych ubogich domostw...









A na samej barce, życie toczy się spokojnym rytmem.. przyjemności, codzienne obowiązki..

 
Czasem niespodziewane ulewy (w końcu to pora monsunu).. a po ulewie piękne zjawiska zachodzące na szerokim niebie..




Dzieci, podczas całej naszej podróży wypełniały dużą przestrzeń mego serca.. radosne iskierki, pełne szlachetnej mocy.

 
Świat, to wielka księga przeciwności. To piękno i brzydota,  ubóstwo i nadmierne bogactwo.. to śmiech i płacz.. to słodycz i cierpki posmak porażki.  To mozaika drobnych detali, sprawiająca, iż bez względu na okoliczności, potrafimy odczuwać szczęście i radość.. a tego Wam wszystkim życzę!
 
Dziękuję kochani za wszystkie przesłane mi słowa!
Pozdrawiam serdecznie!
 
 

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin