Nie było mnie zaledwie 6 dni, jednak mam wrażenie, iż minął długi miesiąc, przepełniony tysiącem wrażeń..
W Wenecji byłam 13 lat temu, podczas pierwszej wspólnej podróży z Damianem. Naszym celem wówczas były Dolomity, jednak odbyliśmy podróż, która zawiodła nas również, wówczas do spalonej słońcem stolicy Vivaldiego..
Tym razem słońce rozświetlało piękne kamienice, jednak chłód przenikał, chwilowo - zwłaszcza o poranku - boleśnie mrożąc moje dłonie... to jednak nie umniejszyło moich doznań, które za każdym rogiem, tego mistycznego labiryntu, docieraliśmy do głębin mojej duszy. Być może, nie każdy podziela moje emocje, ja jednak uwielbiam to miasto, zbudowane z połączonych ponad 100 wysp.. mniejszymi i większymi mostami. Kamienice tonące w pajęczynie wód, odbijające się w rozświetlonej promieniami słońca wodzie.. emanujące pięknem, dostojnością i dumą minionych czasów, ale też smutkiem, opuszczeniem.. magią, która zaskakuje, w chwilach, kiedy zagubieni pośród tak wielu uliczek, często jakże wąskich, docieramy do zaułka, który zapiera dech w piersi...poza tym galerie - to bogactwo, które warto dotknąć, poczuć, zatrzymać się na dłuższą chwilę, aby przenieść się choćby na moment w świat artystów, którzy tworzyli, a dzięki temu nadal są wśród nas, wprowadzając w świat, jakże nam odległy..
Tym razem, ponownie przyjechałam z grupą zaprzyjaźnionych studentów, projektujących kostiumy teatralne, w związku z czym podwójnie był to dla mnie cenny i wyjątkowy wyjazd.. ale o tym opowiem więcej kolejnym razem.. dziś zaledwie kilka zdjęć, które w pośpiechu wybrałam z pośród wielu, które zrobiłam.. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę pięknego dnia, a sama uciekam do pracy...

























































