Zatoczywszy pokaźne koło po Marokańskiej krainie - powróciliśmy do domu... Kiedy ponad dwa tygodnie temu, pakowaliśmy swoje plecaki - nie sądziłam, iż wspomnienia wypełnią długie strony mojego dziennika - wiedziałam, iż przybywam do miejsca pełnego barw i zapachów, które rozbudzały moje tęsknoty od dawna.. rzeczywistość jednak okazała się barwniejsza i dużo bardziej pachnąca, aniżeli mogłam się tego spodziewać!
..Już pierwszego dnia, przyjemnie ciepła fala rozgrzanego powietrza, otuliła nas szerokim ramieniem, a egzotyka miejsca wypełniła całe moje jestestwo!
Wraz z pierwszym powiewem wiatru, poddając się bezszelestnej przemianie - przenikałam w barwny świat Maroka - pierwsze kroki wśród wąskich uliczek, wypełnionych kolorowymi dywanami, latarenkami, biżuterią kuszącą kobiece oczy.. uliczek pełnych ludzi - bez względu na płeć - przyodzianych w długie szaty opływające ich ciała, chusty nierzadko zakrywające kobiece twarze.. ..zapach mięty, mieszający się z delikatną nutą unoszących się w powietrzu przypraw - zachwyciły i uwiodły niemalże wszystkie moje zmysły, wprowadzając w magiczny świat Afryki - i choć Maroko, stanowi zaledwie przedsionek spalonego słońcem kontynentu - dzięki mieszance ludzkich osobowości, napotkanej na drodze pomiędzy Marrakeszem, górami Wysokiego Atlasu, Saharą, Marzugą, Fezem i Casablanką - ziściły mój słodki sen..
Podążając po kraju o barwie spalonej gliny - niemalże nieprzytomnie pozwalałam przenikać mą duszę, kolejnym fascynacjom - zakochując się w otaczającej mnie spójności wielobarwnej rzeczywistości..
Kiedy podążaliśmy górskimi ścieżkami Atlasu Wysokiego, aby ostatecznie stanąć na jego najwyższym szczycie Dżabal Tubkal - poczucie szczęścia wypełniało moje wnętrze..
A kiedy przemierzaliśmy pustynne wydmy w kolorze miodowej pomarańczy - miałam poczucie, jakby moja dusza powróciła do miejsca swoich narodzin - uczucie niebywałe, wyzwalające splot utajonych emocji..
W Wąwozie Dadis, zachwycaliśmy się nieprawdopodobnie pięknymi blokami skalnymi, przeciętymi wąskim korytem rzecznym, w którym w leniwej spiekocie dnia, chłodziliśmy rozgrzane stopy..
Maroko - to kraj niezwykle różnorodny, pełen niezwykłych i serdecznych ludzi, których mieliśmy okazję spotkać i niejednokrotnie lepiej poznać podczas naszej wędrówki.. to kraj, który szczerze pokochałam, podobnie jak D. (mój szpitalny przyjaciel), obiecałam Mu, że przywiozę wiele wspomnień...
Jest ich wiele - dzieląc się nimi z Wami, ślę je również w nieznaną przestrzeń, z nadzieją, iż dotrą one również do Niego...
Dziś, zaledwie kilka zdjęć z ostatniego dnia w Marrakeszu.. oraz muzyka, która towarzyszyła nam podczas drogi powrotnej, żegnając piękne góry wraz z małą wioską Imlil, w której spędziliśmy trzy naprawdę cudowne dni..
Niebawem podzielę się z Wami z dalszymi wspomnieniami - dziś pozdrawiam Was i serdecznie dziękuję za wszystkie przesłane komentarze!!
Jak wiele tęsknot powraca otulając nas swoją słodyczą?
Spędziłam wczoraj długi dzień w szpitalu.. wbrew moim ostatnim odczuciom - był to dobry dzień. Myślałam długo o tym co napisałam poprzedniej nocy - bywa, iż moje emocje rodzą myśli i słowa, które ukazują wnętrze pełne rozterek, tęsknot za tym czego nie robię a robić pragnę.. zasypiałam w złym nastroju, a poranek nie zmienił tego stanu, pomimo nieśmiałych promieni słońca.. Zatapiając się w poczuciu słabości, przez moment pozwoliłam aby czarne chmury osnuły moje wnętrze.. nie powinnam pisać w takich chwilach, bowiem każda minuta rodząca się w ramionach dnia przynosi nowe refleksje, jaśniejsze spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość..
Pozwala dostrzec nowe perspektywy i możliwości..
Udziela wskazówek którą drogą podążać, pomimo rodzących się wątpliwości.
Kiedy skupiłam się nad małym florystycznym przeobrażeniem, którego efekty możecie ocenić poniżej - pojawiły się pierwsze uczucia pozytywnej energii - uzdrawiającej niczym źródlana woda..
Powróciłam przez moment w miejsca, które odwiedziliśmy - Majorkę, z której przywiozłam zasuszone liście przypominające kwiat (który po okresie, kiedy królował w misie z innymi zdobyczami, stał się elementem, z którym nie do końca wiedziałam co mam zrobić).. tutejsze góry Grampiany, które odwiedziliśmy podczas niedawnej wycieczki - nieopodal jeziora nad którym zasypiały pokryte śniegiem stateczne szczyty, napotkałam pokaźną ilość suchych gałęzi - ich wiotka i delikatna postura skusiła mnie do tego, aby zabrać je do domu - aby w przyszłości wykorzystać w tworzeniu florystycznych impresji..
Układając bukiet z zebranych dobrodziejstw, wykorzystałam również zasuszone papryczki, czekające na swoją wielką chwilę..
Nie jest to wielkie arcydzieło, jednak bardzo lubię momenty, kiedy z poszczególnych elementów powstaje harmonijna całość.
Papryczki ożywiły surową posturę stroika, dodając mu odrobiny pikanterii - podobnie jak te w dzisiejszych potrawach, które ugotowałam dzięki Oleńce!
Chęć na egzotykę smaku nadal wywołuje we mnie dreszcz motywujący do działania..
Niespodzianka w postaci różnorodnych przypraw - stała się doskonałym pretekstem do ugotowania czegoś naprawdę egzotycznego!
Xacutti curry!
- to kompozycja wiórków kokosowych, imbiru, czosnku, cebuli, pasty curry, świeżej papryczki chilli oraz kilku innych dodatków.
Wykorzystując ową mieszankę, sporządziłam dwa różne dania, przedtem jednak zagotowałam ją z 300 ml wody wraz 60ml mleczka kokosowego. Następnie podzieliłam na dwie części.
Do jednej z nich dodałam pokrojone w kostkę 2 słodkie ziemniaki oraz różyczki z połowy niewielkiego kalafiora. Gotując je do momentu kiedy osiągnęły stan chrupiącej miękkości. Mieszając je delikatnie w międzyczasie, ostatecznie połączyłam z 4 łyżkami rozdrobnionych pomidorów oraz 2 łyżkami cukru trzcinowego.
Gotowane przez kolejne 5-10min osiągnęły stan aksamitnej plejady smaków - bogactwo różnorodności, spójnie tworzące pełną egzotyki całość.
Druga część posłużyła mi jako bazę do potrawy podobnej do tej, którą przygotowałam ostatnim razem - różniąca się jednak zdecydowanie poszczególnymi przyprawami. Poza tym aby uzyskać zdecydowanie wyrazistszy smak kokosa, dodałam jeszcze raz około 150 ml mleka kokosowego.
Listki świeżego szpinaku zanurzyłam w gotującej się, pachnącej Hawajami mlecznej konsystencji, a po około 10min, szpinak połączyłam z kawałkami żółtego sera - przy czym polecany jest tradycyjny ponir.
Doprawiwszy odrobiną soli oraz cukru - uzyskałam potrawę, która idealnie komponuje się wraz z jaśminowym ryżem!
Kolejna magiczna mieszanka, to:
Tarka Dhal Curry - pomarańczowa soczewica wraz z papryczką chilli, różnymi przyprawami oraz świeżymi listkami currry - pikantna z nutą dalekiego Nepalu..
Czas poświęcony na przygotowanie dań, stał się wędrówką ku miejsc do których w przyszłości pragnęłabym powrócić - dziś aromat zarówno palącego się kadzidełka jak i poszczególnych przypraw - zawirował w naszym wnętrzu, niczym chorągiewki powiewające na wietrze..
Olu - dziękuję Ci raz jeszcze za tę ucztę smakowo -estetyczną!!!
Wszystkich zainteresowanych mieszankami, zapraszam na stronę sklepu:
"Kochać silniej, żyć intensywniej, podejmować większe ryzyko."
- Paulo Coelho
Memu przebudzeniu towarzyszyła aura wątpliwego optymizmu.. Jedynie widok śpiącej obok Mocci, drobinę rozpromienił moje pochmurne wnętrze - przebudziwszy się dość późno, odsysałam zalegające w głowie nieprzyjemne uczucia i myśli - niedawno byłam na rozmowie o pracę - było miło, ale nie chcą mnie.. otrzymałam wiadomość, iż w przyszłości mogę zgłosić swoją kandydaturę raz jeszcze, ale tym razem - życzą mi tylko powodzenia na przyszłość! Standardowa procedura - miła, jakby na to nie spojrzeć - choć tak naprawdę pozostawia posmak goryczy.. To oczywiście nie koniec świata.. tak naprawdę pragnęłam podjąć tę pracę głównie dlatego, iż atmosfera na moim oddziale jest na tyle ciężka, iż miewam dni, kiedy po prostu nie mam sił tam przebywać - psychicznie, a to gorsze od jakiegokolwiek zmęczenia fizycznego - fizycznie mój organizm regeneruje się bardzo szybko.. psychicznie - boleje, truchleje, zapada się w głębokie otchłanie rozpaczy - a droga regeneracji trwa długo... I pomimo tego, iż mój bezpośredni kontakt z naszymi pacjentami, najzwyczajniej w świecie sprawia mi radość oraz pozostawia poczucie, iż to co robię jest wartościowe i dobre - pragnę opuścić to miejsce.. dlatego, kiedy zostałam zaproszona na rozmowę - odebrałam to jako szansę na ucieczkę z miejsca, które jest dla mnie ważne, jednocześnie pochłaniające tak wiele mojej energii, iż zaczynam odczuwać, iż moje pragnienia zaczynają topnieć a prawdziwa przyczyna chęci zmiany, zanika niczym kra pływająca po wzburzonym morzu ... cóż, najwyraźniej nie jest to jeszcze czas opuszczenia szpitala, tym niemniej pierwsze blokady zostały przełamane..
"Bierność nigdy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ wszystko dookoła się zmienia, a my musimy dostosować się do tego rytmu.." pisze Paulo Coehlo, a Sophia Loren mówi: "rób to, co kochasz" ...
Aby ugasić rozpalony natłok myśli - przygotowałam kawę z cynamonem w prawdziwym ekspresie.. ugotowałam owsiankę po czym włączyłam Carminę Buranę.. Zapach kawy unosił się w powietrzu a ja podążałam szlakiem moich pragnień - moja znajoma powiedziała mi wczoraj: "zanim zaczniesz biegać, musisz nauczyć się chodzić" - małymi krokami do celu.. z uśmiechem na ustach! ..Jeden z pacjentów w rozmowie z pielęgniarką, powiedział - uśmiecham się, bowiem gdybym tego nie robił, nieustannie bym płakał.. Jego życie wraz z pojawieniem się choroby zmieniło się diametralnie - jednak każdego dnia, obdarza nas jednym z najcieplejszych uśmiechów jakie widziałam! Kiedy zaglądam do D. (pacjenta o którym wspominałam wcześniej), niezmiennie wita mnie również z promiennym uśmiechem oraz ciepłymi słowami - na przekór początkowej niechęci - traktuje mnie teraz z ogromną sympatią, a co najważniejsze pomijając chwile kiedy naprawdę odczuwa ogromny ból - bywa naprawdę sympatycznym człowiekiem dla wszystkich.. Moja praca naprawdę daje mi dużo satysfakcji, jednak chciałabym aby moja codzienność wyzwalała moją kreatywność.. aby twórcza cząstka mego wnętrza miała możliwość zaistnienia częściej aniżeli bywa to dotychczas...
Myśli wyzwalają pragnienia i tęsknoty.. za smakami, zapachami.. barwami - mozaiką codzienności, która kreuje nasze życie.. Jestem przekonana, iż zawsze kiedy czegoś pragniemy bardzo mocno - w końcu, to do nas przychodzi.. lub jak powiedziała Oleńka - powraca do nas! Kiedy przyjechałam do Szkocji, odwiedziłam pewien sklep z pięknymi drobiazgami z różnych zakątków świata - pamiętam też, iż zatrzymałam się na dłużej przy pewnej książce kucharskiej - nie jest ona jednak typową książką z przepisami - to zbiór pięknych zdjęć, wspomnień i najbardziej ulubionych dań, jakie smakowali autorzy podczas licznych podróży po świecie -World food cafe - książka, która przenosi w świat piękny i smakowity! Mnie oczarowała - niestety cena jej była zbyt wysoka na ówczesny mój budżet, choć i teraz nie mogę powiedzieć, iż należy do najtańszych.. przyznaję, iż długo myślałam jednak o niej a i posiadaczką jej pragnęłam zostać.. w końcu jednak, gdzieś umknęło moje pragnienie.. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy podczas naszej wizyty u Oli (która co prawda nie ma teraz czasu na prowadzenie bloga, ale również go posiada!), w rozmowie o ulubionych smakach, naszej wyprawie do Maroka - powiedziała, iż ma pewną książkę, która może spodoba mi się - kiedy zobaczyłam okładkę, poczułam jak dreszcz przebiega po mych plecach, niczym ciepły powiew wiatru! Była to książka, którą tak bardzo chciałam zakupić - przeglądam ją teraz z pasją oraz ogromną fascynacją i nie mogę się nacieszyć, iż powróciła do mnie!! Będzie u mnie gościć przez jakiś czas, dzięki serdeczności Oleńki - inspirując w sztuce jaką jest gotowanie...
Analizując przemykające myśli - odkrywam nader wyraziście, jak bardzo pragnę sztuki i choćby małej cząstki artyzmu w moim życiu.. bez względu na jakiej płaszczyźnie się on objawia..
Dziś zaczerpnąwszy inspiracje z "World food cafe" - przygotowałam danie przenoszące mnie w odległe zakątki egzotycznej Azji..
"Saag paneer" - szpinak w kuchni Indyjskiej jest jednym z moich ulubionych dań - z cząsteczkami sera wraz z charakterystycznymi przyprawami oraz odrobiną śmietany - sprawia, iż moje podniebienie doświadcza uczty niezwykle wykwintnej!!
Przygotowując ów potrawę, niestety nie miałam możliwości uzyskania dokładnie tegoż samego smaku, jaki pamiętam choćby z naszych ostatnich 3 wizyt w Indyjskich restauracjach podczas naszej podróży wzdłuż Wybrzeża Anglii - jednak dodając szczyptę cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru oraz odrobiny curry - uzyskałam smak wielce zadowalający :) Wraz z zieloną herbatą zaparzoną w glinianym dzbaneczku - rozkoszowaliśmy się smakiem wyrafinowanym i bardzo sugestywnym..
Moje poranne chmury rozwiały się wraz z pierwszym zapachem unoszącym się znad rozgrzanego wooka.. a kiedy po południu poddałam się florystycznym przemianom (efekty końcowe zaprezentuję Wam następnym razem) - słońce rozjaśniało na dobre... zakupiliśmy tez bilety na "Nędzników" - czekałam na to zaledwie... 11 lat! Ale o tym już po musicalu...
Dziś odrobinę wspomnień z naszej podróży - Eden Project - nie sądziłam, że tak szybko tam dotrzemy - jeszcze nie tak dawno zaczytywałam się o nim u Uli, pamiętam pomyślałam wówczas, iż kieniecznie musimy któregoś dnia tam dotrzeć - i dotarliśmy.. szybciej aniżeli mogłabym się tego spodziewać!
Kończąc - myśl ostatnia... anioły i demony pojawiały się w moich myślach wraz z rodzącymi zawirowaniami dzisiejszego poranka.. kiedy wczorajszego wieczoru, powiedziałam jednej z pacjentek, iż jest moim aniołem - dotknęła dłonią mojej twarzy, po czym serdecznie ucałowała - to wywołało łzy w moich oczach i rozczuliło moje serce.. jestem przekonana, iż anioły wędrują z nami przez całe życie - ukazują się w różnych sytuacjach, miejscach.. demony również - one jednak zazwyczaj odchodzą jeśli nie pozwalamy im zawładnąć naszym umysłem...
Poniższy anioł z rozpostartymi ramionami, spogląda w ciszy na wędrujących podróżnych, nieopodal Newcastle.
Wczorajszego wieczoru natknęłam się przez przypadek na coś niewiarygodnie pięknego!
Dreszcze emocji wstrząsają mną za każdym razem, kiedy to widzę! Kocham gimnastykę równie mocno jak taniec, jako dziecko marzyłam o tym aby uprawiać gimnastykę artystyczną - dziś zostałam oczarowana tym co pokazali Ci młodzi ludzie!!
Jeśli nie widzieliście - koniecznie musicie to zobaczyć!!!
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i pięknych snów życzę.. a może poranka??!!! :)
Święta minęły tak szybko.. spędzone w szpitalu nie miały posmaku żurka gotowanego na zakwasie przyrządzonym wcześniej, jaki ma zwyczaj przygotowywać moja mama.. nie było Jej pysznego sernika a nawet mazurka, którego co roku tak bardzo lubię smakować.. zarówno ja i Damian pracowaliśmy przez cały okres świąteczny, dlatego tym razem nie było smaków i zapachów z nimi związanych..
..A mimo to był to szczególny czas dla mnie.. ciężki, bo i mój oddział nie należy do Lekkich, poza tym braki w personelu nie polepszają tej sytuacji - jednak nie o tym chciałam pisać.. chciałabym opowiedzieć Wam moją świąteczną historię.
Biorąc pod uwagę czas jakim są Święta Wielkanocne, dużo rozmyślałam o tym z czym one tak naprawdę się wiążą? Z potrawami? Ze święconką.. z ciastami, które pieczemy tylko w tym szczególnym czasie.. ze szczególną atmosferą wśród najbliższych.. spacerami w ciszy i zadumie wśród pachnących świeżą trawą łąk...
A może przemianą jaka następuje w nas samych - w naszych wnętrzach? Podobnie jak przyroda, która na nowo rodzi się każdego roku..
Niedawno wspominałam Wam o naszym nowym pacjencie - człowieku, który potrafi zranić dogłębnie niemalże każdym wypowiadanym słowem.. długo zastanawiałam się czy ktokolwiek z nas będzie potrafił dotrzeć do Niego, przebić się przez tę grubą warstwę nieuprzejmości?
Zastanawiałam się czy wynika ona z faktu, iż D. jest bardzo poważnie chorym człowiekiem, a sposób w jaki traktuje innych ludzi, jest tylko bardzo specyficzną formą obrony? Czy po prostu jest nieuprzejmą, trudną w obyciu osobą?
Kiedy w sobotni poranek zapytałam Go, czy oczekuje jakiejkolwiek pomocy - jak zwykle potraktował mnie bardzo nieprzyjaźnie - łagodnie ujmując..
Przyznam, iż Jego sposób traktowania drugiego człowieka, bywa bardzo dotkliwy dla mnie i pomimo, iż zazwyczaj w takich sytuacjach nie przyjmuję ich jako personalny atak - tym razem coś we mnie pękło.
Były Święta, od kilku dni próbowałam różnymi sposobami przedrzeć się przez mur zdawałoby się nie do zdobycia, aby podzielić się choćby maleńką cząstką życzliwości.. i nic - w jednym z przebłysków normalności, dowiedziałam się, iż D. związany jest z pewną bardzo szczególną osobą, o której wyraża się nadzwyczaj czule i pozytywnie - tą osobą jest E. która jest Polką z pochodzenia. Czy to cokolwiek znaczy? Dla mnie tyle, iż istnieje nadzieja na to, iż nie każdego człowieka D. traktuje jak wroga!
Tym niemniej - ja okazałam się osobnikiem irytującym, gorszym od małych królicząt, które biegają po szpitalnym trawniku.. Kiedy po raz kolejny D. warknąwszy na mnie, iż mam coś zrobić po czym dać Mu "święty sposób" - usłyszałam tylko jak wypowiadam słowa, iż wcale nie muszę, po czym wyszłam... czy to rzeczywiście ja wypowiedziałam? Straszliwa fala goryczy i bólu ogarnęła całe moje wnętrze - tak bardzo chciałam podzielić się choćby z odrobiną serdeczności z tym człowiekiem, a jedyne co osiągnęłam to niemoc, która spycha mnie w dół złowrogiej przepaści! Czy tak mają wyglądać moje święta? Pełne bólu i złości? Na pewno mocno zakrapiane słonymi łzami...
Poranek szybko przeminął, a po południu D. poprosił mnie abym zabrała Go na papierosa - kiedy zostałam poproszona przez pielęgniarkę, abym została przy Nim przez czas, kiedy "delektować się będzie świeżym powietrzem", pomyślałam, iż On sam nie będzie szczególnie szczęśliwy z tego powodu.
Moje przypuszczenia jednak były dalekie od prawdy - moje Święta przybrały zupełnie innego wymiaru.
Ponieważ zabrałam D. do jednego z naszych maleńkich ogrodów - zapytał mnie czy znam nazwę wskazanych przez Niego roślin - doprawdy zawsze pamiętałam angielską nazwę wrzosów - tym razem nazwa uleciała niczym ptak wypuszczony z klatki na wolność.. to jednak zapoczątkowało naszą cichą więź porozumienia!
Odbyliśmy szalenie miłą i naprawdę długą rozmowę - okazało się, iż łączy nas tak wiele wspólnych zainteresowań.. ogród, kwiaty.. fotografia, podróże - zachwyty małe i duże nad każdą napotkaną choćby najmniejszą roślinką.. smaki - te znane i te pełne egzotyki.. oraz marzenia, które nieustannie rodzą się zarówno w mojej jak i Jego głowie.
To był ogromny przełom - D. zadawał mi wiele pytań, ale też opowiadał o Sobie - a wierzcie mi - można by było napisać książkę o Jego życiu!
Urodził się w Indiach, gdzie spędził swoje dzieciństwo, następnie powrócił z rodzicami do Szkocji, by jako dorosły już człowiek wędrować po krajach europejskich - mieszkał w Hiszpanii i Francji, tam przez pewien czas był nauczycielem angielskiego - to wyjaśniałoby wyjątkową tendencję do poprawiania moich błędów gramatycznych - czego absolutnie nie przyjmuję jako przejaw złośliwości, wręcz przeciwnie - cieszy mnie to bardzo, bowiem zazwyczaj nikt nie zwraca uwagi na poprawność mojego języka - (no może z wyjątkiem Kevina, który od czasu do czasu bawi się w mojego prywatnego nauczyciela)
.. O życiu D. mogłabym pisać długo - wspomnę jednak jeszcze tylko o Jego powierzchowności - kiedy zobaczyłam Go po raz pierwszy skojarzył mi się z bezdomnym artystą (zwłaszcza, kiedy usłyszałam jakiej słucha muzyki!). Długie włosy, nie krótsza broda... bardzo chudy i wysoki człowiek.. o twarzy czarodzieja z krainy Oz.. dlaczego właśnie tak mi się kojarzy - nie przepadam za tą bajką a do D. pomimo Jego nieuprzejmości od początku odczuwałam specyficzny rodzaj sympatii.
Bardzo osobliwy i zagadkowy.
Być może dlatego, iż podświadomie, pomimo lęku, jaki mnie ogarnia - tak naprawdę lubię wyzwania i często w ich kierunku lubię podążać..
A On od początku zdawał się być moją górą do zdobycia!
Kiedy wróciliśmy z przewietrzania, wszyscy pytali mnie, czy D. był bardzo nieuprzejmy dla mnie - a ja z ogromną radością, mogłam mówić, iż wręcz przeciwnie - odkryłam przesympatycznego człowieka, który co prawda straszy wszystkich na około, jednak tak naprawdę głęboko ukrywa to co dobre i delikatne.
Świąteczne przemiany dokonywały się każdego dnia - w niedzielę podarowałam D. maleńką doniczkę z bratkami - pomyślałam, że będzie to Jego maleńki substytut ogrodu - szkoda, że nie widzieliście Jego uśmiechniętej twarzy!
Następnego dnia, w poniedziałkowy poranek - D. zapytał mnie, czy mogłabym przygotować mu gorącą kąpiel - zważywszy na to, iż odkąd pojawił się w naszym szpitalu, tylko raz, jednej pielęgniarce udało się nakłonić Go do mycia - przy czym biedna kobieta została wyzwana i obarczona najgorszymi z najgorszych wyzwisk..
Zatem chęć odbycia kąpieli - była niczym cud! :)
Swoją drogą, dość niezwykłym i do tej pory niezrozumiałym zjawiskiem dla mnie jest fakt, jak często starsi ludzie starają się unikać a wręcz nie znosić kąpieli wodnych! Czy i wy spotkaliście się z tym zjawiskiem?
Wracając do D. - podczas kąpieli, zapytał mnie czy zechciałabym obciąć Jego długą brodę, a kiedy odrzekłam, iż zrobię to z największą przyjemnością, odpowiedział, że następnym razem jeśli będę miała ochotę, mogę również skrócić Jego włosy! (przyznam się Wam, że bardzo często ulegam pokusie zabawy we fryzjera, strzygąc cichaczem zarówno pacjentki jak i pacjentów, do których nasza szpitalna fryzjerka z różnych względów nie dociera.. uwielbiam to!) :)
Po zakończeniu ceremonii mycia, D. powrócił do wysprzątanego wreszcie pokoju - bo choć to szpital, to jednak ze względu na zachowanie D. nikt nie chce wchodzić do Jego pokoju w celu zaprowadzenia porządku.
Trzy symboliczne dni - sprawiły, iż zapamiętam ten czas bardzo długo!
Niemalże wszyscy pytali mnie jak udało mi się dokonać tego, iż D. zgodził się na kąpiel, mało tego nie krzyczał na mnie, a do tego zaczął się zwracać do mnie - my darling? :)
Doprawdy to cud.. nie potrafię określić co spowodowało tak niespodziewaną odmianę D.
Teraz wita mnie z uśmiechem - dzięki temu, iż długa broda nie zakrywa Jego twarzy, mogę ten uśmiech dostrzec bardzo wyraźnie.. a co najważniejsze - D. do końca dnia był już miły dla każdego kto próbował z nim porozmawiać.. czy nadal taki jest ? Tego nie wiem, jednak fakt iż udało mi się przebić niczym przez berliński mur - napawa mnie ogromną falą radości :)
..Dzisiejszego dnia wybrałam się z Gail i Jej rodzinną plejadą dzieci :) na "Alicję w krainę czarów".. początkowo sądziłam, iż jest to historia, która nigdy nie wzbudziła we mnie krzty zachwytu.. pomimo tytułowej krainie czarów!! .. nie pamiętam tej dziwnej opowieści czytanej w dzieciństwie, jedynie zaledwie skrawki zachowanych głęboko obrazów przybywają z oddali aby wprowadzić mnie w zaczarowany świat Alicji..
Tym razem jesdnak zaintrygował mnie tytuł na tyle, iż zapytana przez Gail, czy miałabym ochotę pójść z Nią na ów film, pomyślałam, iż z przyjemnością skosztuję tej intrygującej dawki czarów :)
"Alice in Wonderland" - magia słów, która dotyka mojej podświadomości.. w połączeniu z trójwymiarowym obrazem - przenosimy się w świat sennych marzeń Alicji, która pomimo tego, iż nie jest już małą dziewczynką - nadal marzy i pragnie rzeczy niezwykłych, niebywałych..
..pomyślałam, iż gdybym była Alicją - podobnie jak Ona, nawet po przebudzeniu tęskniłabym za Mad Hatterem... a w rzeczywistości i ja, chciałabym wyruszyć w świat szeroki i nieznany..
..W drodze powrotnej do domu, podążyłam w kieruku ogrodów poniżej Princes Street - utworzonych na miejscu osuszonego Nor' Loch.
To miejsce usłane każdego roku kolorowymi połaciami kwiatów, w ciepłe dni staje się ulubionym zakątkiem wielu mieszkańców Edinburgha..
Dawno nie było mnie tutaj, a ponieważ kwitnące żonkile wystawiają swoje małe główki ku ciepłym promieniom słońca, niemalże w każdym zakątku ogrodu - budzi to we mnie nieodpartą pokusę i chęć po obcowania z nimi, choćby przez krótką chwilę, do momentu, aż niespodziewana ulewa (ha, ha - w Szkocji niespodziewana!!) skutecznie przypomni mi o konieczności powrotu do domu!
Mimo deszczu, kilka zdjęć udało mi się zrobić...
..Ciekawa jestem, czy udało Wam się przebrnąć przez moją strasznie długą opowieść.. słowotok ogarnął mnie dziś straszliwy.. kończąc moje naprawdę długie pisanie, raz jeszcze chciałabym podziękować Wam za życzenia!!
Do poniedziałku mój świat rozpoczynał się i kończył późnym wieczorem w szpitalnej rzeczywistości i choć odczytałam Wasze życzenia - wybaczcie, ale nie miałam sił na pisanie.. posyłałam tylko w przestrzeń, serdeczności skierowane w Waszą stronę... a i wczoraj, pomimo tego, iż w końcu doczekałam się wolnego dnia - szaruga, straszny wiatr i boląca głowa, sprawiły, iż tylko przez moment późnym rankiem zawitałam w świecie wirtualnym, po czym szybciutko opuściłam go, by oddać się terapii uzdrawiającej, jaką było przygotowanie "odświętnej" lasagne..
Dlatego dziś - raz jeszcze dziękuję za Wasze serdeczności i żonkilowe pozdrowienia ślę w Waszą stronę!!!
ps. niedawno nabyłam te małe cudeńka!
Kasia (Kica) prawdopodobnie znana wielu z Was - tworzy naprawdę niezwykłą, biżuterię! Przyznam, że ja sama nie należę do osób, które wszelkiego rodzaju biżuterię zakłada na codzień, jednak czasem kiedy bywa ona naprawdę ciekawa i wyjątkowa - lubię te małe odmiany.. wszak kobietą jestem :)
..Kasiu - jeśli tutaj zaglądasz - raz jeszcze dziękuję!!
Rodzący się poranek, przywitał mnie jasną poświatą wschodzącego słońca wraz z delikatnym śpiewem ptaków..
Drzewa, małe krokusy oraz trawa pokryte białą peleryną szronu, spoglądały zziębnięte w błękit jasnego nieba... a ja opuszczając szpitalne mury, wtapiając się w poranną symfonię dźwięków i kolorów, podążam w kierunku domu.. lubię w ciszy przemykać pomiędzy uśpionymi jeszcze uliczkami, zaglądać ukradkiem w rodzące się wraz z nadchodzącą wiosną zielone ogródki, malowane kolorowym kwieciem..
..a kiedy docieram do ścieżki rowerowej, moim oczom ukazuje się przepiękne pasmo gór, pokryte białą kołderką (zdjęcie powyżej zrobiłam wczoraj z nad brzegu morza, szczyty, które zobaczyłam dziś -lśniły w białej, zjawiskowo pięknej poświacie),, zderzenie dwóch pór roku - dookoła mnie wiosna wraz z rodzącymi się baziami, krokusami, żonkilami a nawet tulipanami.. a w oddali zima w swej śnieżno-białej szacie!
Niespodziewanie na ścieżkę wybiegają małe króliczki - moi mali ulubieńcy, których ponad rok temu spotykałam w tym miejscu niemalże każdego dnia.. Wśród zgiełku i codziennej gonitwy - są one dla mnie symbolem ulotnego szczęścia, które pojawia się i znika niepostrzeżenie, na które jednak z niecierpliwością czekam, aby w chwili spotkania, napełnić nim spragnione serce..
Po długich dniach depresyjnej szarugi, nastał nowy, piękny, pełen słońca dzień! Korzystając z tak pięknej pogody, wybraliśmy się wczorajszego dnia z Damianem na krótki spacer wzdłuż rzeki Almond - wpływa ona do zatoki nad brzegiem maleńkiej wioski Cramond (dawnej wioski - dziś to nieodłączna część Edinburgha), miejsce do którego mogę nieustannie wracać z niegasnącym uczuciem błogości i spokoju..
Szlak wiodący brzegiem rzeki, nieodparcie przypomina mi okolice Słowackiego Raju - jeśli mieliście okazję przemierzać ścieżki wiodące wzdłuż rzek, wodospadów, skalistych urwisk tej malowniczej krainy - łatwo będzie Wam wyobrazić sobie miejsce o którym piszę.. oczywiście to tylko maleńka namiastka, jednak równie piękna i pełna uroku..
Zdaję sobie sprawę, iż czas przedświateczny to czas przygotowań - ja dla odmiany zabieram Was na chwilę zapomnienia.. kontemplacji nad życiem jakie toczy się w okół, a ramiona Jego otulają nas tym co niezwykłe i wieczne jak Matka Ziemia..
...dzisiejsze bazie, napotkane w drodze do domu - przedświąteczne iskierki rodzącego się życia..
..niestety króliczki nie dały się sfotografować :(
..Maleńki akcent Wielkanocnej przemiany... serce przyodziane w Świąteczną szatę..
Niechaj będzie to dla Was czas refleksji i dobroci.
A nade wszystko miłości!!!
Ja sama, chciałabym Wam najserdeczniej podziękować za życzenia, którymi zostałam przez Was obdarzona! Dziękuję Wam pięknie!!
...Słowa nieśmiertelnej Desideraty wydają się w tym nadchodzącym czasie, wyjątkowo cenne i porządane - dlatego w ciszy nadchodzącej już nocy - Wam wszystkim, którzy mnie odwiedzacie - dedykuję!!!
Max Ehrmann
Desiderata
Go placidly amid the noise and haste, and remember what peace there may be in silence. As far as possible without surrender be on good terms with all persons. Speak your truth quietly and clearly; and listen to others, even the dull and the ignorant; they too have their story.
Avoid loud and aggressive persons, they are vexations to the spirit. If you compare yourself with others, you may become vain and bitter; for always there will be greater and lesser persons than yourself. Enjoy your achievements as well as your plans.
Keep interested in your own career, however humble; it is a real possession in the changing fortunes of time. Exercise caution in your business affairs; for the world is full of trickery. But let this not blind you to what virtue there is; many persons strive for high ideals; and everywhere life is full of heroism.
Be yourself. Especially, do not feign affection. Neither be cynical about love; for in the face of all aridity and disenchantment it is as perennial as the grass.
Take kindly the counsel of the years, gracefully surrendering the things of youth. Nurture strength of spirit to shield you in sudden misfortune. But do not distress yourself with dark imaginings. Many fears are born of fatigue and loneliness. Beyond a wholesome discipline, be gentle with yourself.
You are a child of the universe, no less than the trees and the stars; you have a right to be here. And whether or not it is clear to you, no doubt the universe is unfolding as it should.
Therefore be at peace with God, whatever you conceive Him to be, and whatever your labors and aspirations, in the noisy confusion of life keep peace with your soul.
With all its sham, drudgery, and broken dreams, it is still a beautiful world. Be cheerful. Strive to be happy.