piątek, 6 kwietnia 2012

Słoneczny Montmartre..przekornie..


 Wraz z Liską odbyłam dziś wirtualną podróż do dalekich Indii.. Pamiętam dobrze moje własne wrażenia, kiedy przybywszy do Delhi, rozpoczęliśmy odkrywać świat znany mi  z książek, licznych albumów, czy też zdjęć i opowieści ludzi, którzy byli tam już przede mną.. Było to dojmujące doświadczenie, które do dziś porusza mnie niezmiennie.. niczym małe dziecko, doznaję uczucia niedowierzania, kiedy pomyślę o możliwości dotarcia niemalże w jakiekolwiek miejsce, o którym pomyślimy.. wystarczy kilka godzin aby znaleźć się w krainie diametralnie różnej od naszej rzeczywistości.. od miejsc takich jak Polska, Szkocja, czy też Paryż wraz z malowniczym Montmartre. Jakże różnym, a jednocześnie kiedy mamy możliwość bliższego spotkania z ludźmi, bez względu na położenie geograficzne - odkrywamy, jak bardzo jesteśmy podobni. Oczywiście ze względu na wychowanie, różnice kulturowe, religijne czy chociażby położenie geograficzne różnimy się, jednocześnie nasze potrzeby, jak i  pragnienia są tak bardzo podobne. Pragniemy aby nasze dzieci wychowywały się zdrowo, pragniemy miłości i poczucia szczęścia. Pragniemy szczerości i wolności.. do mej głowy napływa drażniąca myśl..czyż nie jest dziwne, iż w świecie w którym dobrze pamiętamy zło, które zostało wyrządzone naszym przodkom, to zło nadal istnieje? Dlaczegóż prawdy o których mówił Jezus, głosił Budda, czy też wielu innych pragnących dobra i pokoju, gdzieś umykają nam w natłoku cywilizacyjnych nowinek.. nadal łamane są podstawowe prawa człowieka. Nadal krzywdzimy nasze dzieci, społeczeństwa.. pozwalamy na głód, choć w tak wielu krajach nadmiar  jedzenia  wyrzucany jest do śmietnika,  a po drugiej stronie globu,  zjadamy posiłki za absurdalnie wysokie ceny, nie mówiąc o szampanie, który stanowi wartość wyższą od mojego miesięcznego wynagrodzenia w jednej z ostatnich moich prac w Polsce. I jeszcze jedno.. moja dobra znajoma spędziła minione wakacje na Madagaskarze. Był to  projekt naukowy, który myślę dał Jej wiele do myślenia. Bowiem przez 9 tygodni żyli niemalże tak jak żyją tamtejsi mieszkańcy. Doświadczyła uczucia prawdziwego głodu i bezradności. Ale jednocześnie poznała ich pragnienia i prawdę jaka dotyczy nas wszystkich. Jej wielkim odkryciem był fakt, iż pomimo znikomej edukacji, mądrości płynące z serc tych ludzi są niemalże uniwersalne, a jakże często szczersze i prawdziwsze.. tym niemniej edukacja ważną jest bez względu na miejsce w którym żyjemy, a według informacji jakie uzyskała moja znajoma,  wybudowanie szkoły w wiosce w której mieszkała, wynosi około £350! Za taką kwotę tak naprawdę mogłabym ja sama wybudować szkołę i przyznam , że  zrobiłabym to z ogromną chęcią. Oczywiście postawienie budynku to nie wszystko, jednak to wiele. Moja znajoma zbiera fundusze aby tę szkołę wraz z pomocą jej znajomych wybudować, a ja mam nadzieję choć w jakimś stopniu się do tego projektu przyczynić. Jednocześnie odczuwam żal, iż w świecie, w którym tak wiele można zrobić dobrego, o to dobro musimy tak zapalczywie walczyć, aby zagościło nie tylko w naszych domach, na podwórkach.. ale przede wszystkim w naszych sercach.
Montmartre przekornie.. bardzo chciałam podzielić się z Wami tymi kilkoma kadrami,
bowiem bez względu co dzieje się w moim sercu, ja sama pragnę docierać wszędzie tam, gdzie rodzi się historia, dotyka piękno, również to stworzone przez człowieka.. gdzie żyli i nadal żyją ludzie z ich pragnieniami i zwykłą codziennością..






















Na zakończenie wraz z pachnącym kwieciem Edynburga oraz muzyką z piękną Pragą w tle, życzę Wam pięknych, radosnych Świąt. Niechaj Wasze serca niezmiennie napełnione będą miłością i zrozumieniem.
Dziękuję tym wszystkim, którzy nadal podążają ze mną wsłuchując się, mniej lub bardziej uważnie
w bicie mego serca... 

środa, 4 kwietnia 2012

Paryż historyczny..

Czas mija nieubłagalnie.. minął już miesiąc od mojego pobytu w Paryżu, od ponad tygodnia ręka moja wolna jest od gipsu, a pogoda za oknem zmienna jak to w marcu..choć niespodziewanie zawitał już  4 kwietnia!
A przed nami już za moment Święta.. żonkile przekwitają a wczorajsza burza śniegowa, przywoływała raczej późno - zimowe wspomnienia, tym niemniej wiosna rozgościła się u nas na całego, więcej,  w minionym tygodniu skłonna byłabym rzec, iż nastało już lato!!
Dosłownie niemalże w ostatniej chwili udało mi się sfotografować różaneczniki, wspomniane wcześniej żonkile oraz przepiękne magnolie..  ale o tym mam nadzieję!! niebawem :)
Dziś raz jeszcze chciałabym powrócić do Paryża..
Mój pobyt w tym niezaprzeczalnym mieście sztuki, skondensowanym do 4 dni, pozwolił mi zobaczyć wiele, choć.. wiele jeszcze do zobaczenia pozostało.
Drugiego dnia, wspólnie z grupą moich szkolnych znajomych, wybraliśmy się do Wersalu.
Był to wyjątkowo nieprzyjazny i deszczowy dzień, jednak bogactwo wnętrz rozbudziło wszelkie możliwe receptory, rozgrzewając przede wszystkim dogłębne zakamarki wyobraźni.
Wersal, to bogactwo historyczne, jak i przepych odzwierciedlający prawdziwą władzę, zwłaszcza w latach 1682 - 1789 kiedy to Wersal stał się prawdziwym symbolem francuskiej monarchii.
Przyznaję z żalem, iż moja wiedza historyczna pozostawia wiele do życzenia, dlatego kiedy w jednej z sal ujrzałam obraz Marii Leszczyńskiej (córki  króla Polski Stanisława Leszczyńskiego), żony Ludwika XV, ogarnęło mnie "delikatne" poczucie zawstydzenia.. w mojej pamięci istniała luka, która nie pozwalała w żaden sposób powiązać osoby Marii Leszczyńskiej z panującą monarchią francuską.. jednak w miarę zagłębiania się w dzieje jakże odległe, dotarłam do wielu informacji, które ową lukę w dużym stopniu wypełniły, jednocześnie ogrom informacji oraz powiązania chociażby pomiędzy Polską a Francją, pozostaje dla mnie niekończącym się pokładem wiedzy, nadal wymagającym zgłębienia.
Na szczęście na naukę nigdy nie za późno, a przyznam szczerze, iż każdorazowy wyjazd w nieznane mi dotąd miejsce, bywa doskonałą szansą na pogłębianie wiedzy, której dotąd nie zdobyłam, lub też odkurzeniem tego, co zostało zapomniane.
Wersal to zdecydowanie temat na oddzielny post, choć ja prawdo podobnie pozostawię Was w tym miejscu,  zaledwie przy kilku kadrach..



Po wizycie w Wersalu, zostałam zaproszona na przepyszną kolację w dzielnicy Paryża, gdzie zauroczył mnie ów kościół, zwłaszcza w blasku płynącego po niebie księżyca.. według mojego znajomego jest on najstarszym kościołem, choć przyznam, dotąd nie odszukałam dokładniejszych informacji na Jego temat.. tym niemniej jego tajemnicza postura  wypełniła me serce magią, która niewątpliwie miała miejsce tego wieczoru..


Następnego dnia wczesnym porankiem wyruszyłam na spotkanie z wieloma artystami - a ściślej mówiąc z ich twórczością, którą możemy podziwiać w wielu galeriach Paryża.

 

Wcześniej jednak, pomyliwszy kierunki, dotarłam do mostu Aleksandra III, który niewątpliwie robi wrażenie, a nawiązuje do przymierza rosyjsko - francuskiego zawartego w roku 1892.



Pierwszym celem mojej wędrówki, było muzeum d'Orsay, który jako ciekawostka pierwotnie był dworcem kolejowym, zamkniętym po 39 latach. Następnie kilka lat, budynek wielokrotnie zmieniał swoje przeznaczenie, aby w końcu po decyzji wyburzenia budynku, która na szczęście napotkała się z ogromnym oburzeniem społeczeństwa, w roku 1978 wpisano  na listę zabytków, a następnie zrealizowano pomysł aby  przekształcić go na muzeum sztuki XIX wieku. Obok Luwru oraz Panteonu, to największe muzeum Paryża, zawierające liczne zbiory takich artystów jak Degas, Monet, Pierre-Auguste Renoir,  Vincent van Gogh, Rodin oraz wielu, wielu innych. Spędziłam tam ponad 3 godziny, choć przyznam iż to zaledwie posmakowanie sztuki, która wypełnia ów muzeum.


Następnie powędrowałam ku Muzeum Auguste'a Rodina, które ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu, niestety było zamknięte (ponownie otwarte wczoraj), na szczęście w budynku położonym przy muzeum była możliwa do obejrzenia czasowa wystawa rysunków artysty - bardzo ciekawy wgląd w twórczość rzeźbiarza z nieco innej  perspektywy aniżeli sama rzeźba.
Poza tym ogród okalający willę, posiada ciekawy zbiór prac  - ten temat jednakże również pozostawiam na później.. zastanawiam się, kiedy ja dam radę ogarnąć ten ogrom informacji, z którą chciałabym się z Wami podzielić..?? 


Po smacznym posiłku, składającym się z sushi, zakupionym w mijanym wcześniej barze, który czarował różnorodnością, kusząc oraz  budząc sentymentalne wspomnienia z Seulu.. w obecności między innymi Wiktora Hugo (jednej z wielu rzeźb znajdujących się w ogrodzie), zawędrowałam ku budynkom należącym do Luwru, gdzie pragnęłam zobaczyć muzeum tekstylii - niestety tego dnia muzeum również było nieczynne! :( samego Luwru również nie odwiedziłam, głównie ze względu na brak czasu - ogrom zgromadzonych dzieł, zdecydowanie zasługuje na dłuższą kontemplację.. zatem następnym razem.


 

Podążając dalej, w kierunku domu Victora Hugo, mojego mistrza i niezmiennej miłości ;) napotkałam pięknie grającego człowieka.. tak po prostu na środku placu..


Po wysłuchaniu ulicznego koncertu, skierowałam się ku wąskiej uliczce, która, ku mojemu zaskoczeniu, zaprowadziła mnie do przepięknego kościoła Saint Eustache , który oczarował mnie zarówno swoją przepiękną architekturą, jak i pełnym mistyki wnętrzem. Z ciekawostek - został w nim ochrzczony sam Molier oraz  wspomniany wcześniej Ludwik XIV, który przyczynił się do prawdziwego rozkwitu Wersalu.



Po dłużej kontemplacji, opuszczając miejsce, które przywołuje wspomnienia z czasów, o których czytamy w licznych księgach, ponownie poddając się nurtowi współczesnej rzeczywistości Paryża, udałam się tym razem już metrem w kierunku Place des Vosges, gdzie znajduje się dom twórcy między innymi: "Nędzników" oraz "Katedry Marii Panny w Paryżu", zapewne bliżej znanej jako Dzwonnik z Notre Dame. Niestety jakież było moje rozczarowanie, kiedy w końcu dotarłam do upragnionego celu.. zaledwie kilka minut po zamknięciu :(
..oczywiście nadal pozostawał jeszcze poranek piątkowy, a biorąc pod uwagę, iż dom Victora Hugo, znajdował się tak naprawdę dwie stacje metrem oddalone od naszego hotelu, rodziła się we mnie cicha nadzieja, iż mimo wszystko uda mi się tutaj w końcu dotrzeć. Niestety nadzieja ma złudną pozostała, bowiem wcześniejsze plany zobaczenia dzielnicy Montmartre, zdecydowały o tym, iż odwiedziny zostały oddalone w czasie i przestrzeni...
Dzień zakończony kolacją w jednej z prawdziwie francuskich jadłodalni, a następnie spacerem ku placu Pigall, gdzie życie toczy się bez względu na porę dnia, w kabaretowym tonie, niczym tancerki z Moulin Rouge, powróciliśmy do hotelu, by zasnąć snem niedźwiedzia, po dniu pełnym wrażeń.



Kochani, jeśli udało Wam się choć w połowie przebrnąć przez długi dzień moich wspomnień - cieszy mnie to bardzo.. Pozdrawiam serdecznie życząc spokojnego wieczoru!
..Niechaj muzyka przeniesie Was raz jeszcze w zaczarowany świat Paryża..

piątek, 16 marca 2012

Zagubić się w Paryżu.. dzień pierwszy.


"My mind is a bridge"..
... mój umysł jest jak most łączący dwa światy
ten, w którym kroczę aleją dogasających latarni
nad ranem, kiedy księżyc kończy swój wieczorny spacer..
nadal pełen blasku, tchnący mistyką..
ten, który natchnieniem bywa poetów. 
Ten, w którym trwać pragnę, kiedy ma dusza szuka samotności..

Nad ranem zaś, odkrywam świat pachnący jasnym blaskiem
słodyczą kwiatów i smakiem gorzkiej czekolady..
uśmiechem i płaczem
jak deszcz i rodzące się po nim słońce..
jak krople rosy o poranku..

Dwa światy, splatające okruchy mistyki z realną stroną rzeczywistości...

 

Moja przygoda z Paryżem, niespodziewanie  rozpoczęła się w pociągu, w którym to utknęliśmy chwilę po opuszczeniu lotniska. ściśnięci jak przysłowiowe ogórki w konserwie, udało nam się zaledwie pokonać dwie stacje, po czym bez wyjaśnienia pociąg stanął. Minęły niemalże dwie godziny zanim ruszyliśmy ponownie, jednak bardzo szybko pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji - w ten sposób nasza podróż z lotniska do miejsca, gdzie znajdował się nasz hotel, trwała dłużej aniżeli sam lot z Edinburgha do Paryża.
Chwile te nie należały do najprzyjemniejszej części mojego pobytu w mieście artystów, na których spotkanie jechałam.. jednakże bardzo szybko nawiązaliśmy rozmowę z dwoma mężczyznami stojącymi nieopodal nas. Zapytałam czy orientują się gdzie znajduje się dom Victora Hugo? Niestety w moim przewodniku nie znalazłam adresu, a ponieważ moja ręka  nie pozwalała mi na zapisanie potrzebnej mi informacji, pomimo internetu, adresu  nie posiadałam. Jeden z Panów, wytłumaczył mi dokładnie gdzie znajduje się dom mego mistrza , po czym po chwili, ku mojemu zaskoczeniu, zapisał dane na kartce, którą wręczył mi opowiadając o całej okolicy oraz samym domu pisarza. Nasza rozmowa była przesympatyczną częścią przedłużającej się drogi. Jednak jakże miłym zaskoczeniem było dla mnie, kiedy zapytałam czy ów człowiek słyszał kiedykolwiek o Krzysztofie Kieślowskim - oczywiście słyszał, mało tego doskonale zna większość Jego filmów. Mój rozmówca zaskoczył mnie jeszcze bardziej, kiedy zaczął opowiadać o Wajdzie, Żuławskim i oczywiście Polańskim.  Przyznam, że ów rozmowa napełniła mnie optymistyczną aurą, która zdecydowanie przyćmiła niewygody podróży.
Następnego dnia rozpoczęliśmy wędrówkę ku Operze Narodowej, która wywarła na mnie ogromne wrażenie - przepych i bogactwo potrafi porazić,  jednak spacer wśród tchnącej przeszłością przestrzeni wprawia w stan swego rodzaju zauroczenia. Oczywiście nie każdemu musi podobać się owa przestrzeń, jednakże kiedy wyobraziłam sobie  aktorów oraz muzyków, dzięki którym możemy doświadczać głębokich doznań estetycznych - popłynęłam wraz z muzyką dobiegającą z jednej z sal, w świat który daleki bywa nam w codziennym życiu.. niezwykłe doznanie. 



Po południu, po zaspokojeniu głodu przepyszną zupą oraz rozpływającą się w ustach bagietką w jednej z maleńkich uroczych kafejek, udałyśmy się w poszukiwanie domu Victora Hugo oraz muzeum miasta Paryża.
Sam spacer wąskimi uliczkami, wśród pięknych kamienic z uroczymi balkonami, licznymi latarniami, napełniał mnie  nieustannie uczuciem wielkiej szczęśliwości, bo choć z natury jestem człowiekiem lasu..gór - uwielbiam stare kamienice, miasta, które opowiadają przeszłość swoją architekturą.








Z łatwością dotarłyśmy do muzeum Paryża, jednak kiedy postanowiłyśmy wstąpić na kawę, przed dotarciem do muzeum Hugo, pomyślałam, iż chciałabym móc zagubić się gdzieś w Paryżu, podążając bez określonego planu, jedynie poddając się napływającym impulsom.
Myślę, że wielu z Was przytrafiają się takie chwile w życiu, kiedy Wasze pragnienia po prostu stają się faktem.. tak bywa często w moim życiu... przyznam jednak, iż zaskoczyło mnie jak szybko ów pragnienie  się urzeczywistniło - zaledwie po 20 - 30 minutach, w chwili kiedy fotografowałam jakiś obiekt, moje koleżanki postanowiły wejść do jednego ze sklepów, tym samym błyskawicznie znikając mi z oczu. Zaskoczona jak szybko, po prostu zniknęły, przez jakiś czas krążyłam w okolicy, wierząc, iż nawet jeśli wstąpiły gdzieś, w końcu znów je zobaczę.. niestety tego dnia nie spotkałyśmy się już ponownie, a pech chciał, iż bateria w moim telefonie, również postanowiła zastrajkować.
Zatem korzystając z okazji, pozwoliłam zagubić się gdzieś w nieznanym mi Paryżu. Zapytałam tylko o kierunek do Notre Dame, do której bardzo pragnęłam dotrzeć o zmierzchu, aby ujrzeć Ją w blasku zapalonych latarni.. nie korzystając jednak celowo z mapy, krążyłam pomiędzy cichymi uliczkami, pozostawiając tym samym zaludnione główne ulice. 
   

..oczywiście nie obyło się bez pysznej kawy wraz z małą apetycznie wyglądającą kanapką a na deser maleńką tartą jabłkowo - migdałową.. która to o zgrozo! kosztowała mnie zaledwie 17 €! Biorąc pod uwagę, iż za tę cenę można spokojnie zjeść pyszny obiad wraz 3! kieliszkami wina w typowo Francuskiej jadalni (restauracji) :) ..cena wydaje mi się bardzo wygórowana.. cóż, nie zawsze przyjemności bywają tanie..





W końcu, po około 2 godzinnym marszu (który według Pani, którą pytałam o drogę miał trwać zaledwie 15 min), dotarłam do Notre Dame - Pani, która zachwyca zarówno w blasku księżyca, jak i w świetle słońca.. którego niestety tego dnia nie uraczyłam.


Do Katedry dotarłam w porze, kiedy odbywało się nabożeństwo -  piękna chwila, niczym niezwykły dar.. śpiew, muzyka organów oraz atmosfera cichego skupienia, nadały mej wizycie podniosły, pełen mistyki charakter..


..a kiedy opuściłam wnętrze, Katedrę otulała szata mroku. Iluminacja świateł oraz dumna postawa Notre Dame przeniosły mnie w świat magii..



Rozświetlony Paryż, oraz światło to pojawiające się, to znikające na przemian z oddalonej wierzy Eiffel stało się pokusą nie do odparcia, aby kontynuować rozpoczęty spacer..
Godzina jednak była coraz późniejsza, a niestety nie miałam jeszcze pojęcia jak powrócić do hotelu. Tym niemniej, postanowiłam poddać się wieczornemu urokowi, niczym bohater z filmu Woody Allena, krocząc przed siebie, biorąc za wskazówkę jedynie blask wierzy.
Moja wędrówka trwała jeszcze co najmniej 3 godziny, jednak dotarłam wszędzie tam, gdzie pragnęłam tego dnia - co prawda przykro było patrzeć na zamknięte drzwi Muzeum d'Orsay, do którego bardzo pragnęłam dotrzeć, jednak kiedy wewnętrzny głos kazał mi iść dalej :) aż w końcu niespodziewanie dotarłam do domu Rodina - była to dla mnie ogromna niespodzianka i choć wiedziałam, że powrócę tam w czwartek, specyficzny rodzaj radości ogarnął mnie w tamtej chwili, wprawiając w stan lekkiej błogości.
Spacer mój zakończyłam tuż przy wieży Eiffel, kolejny raz uraczona miłą niespodzianką - tuż po moim dotarciu, zaledwie przez 3 minuty, wierza


Na zakończenie, po raz kolejny odczuwając delikatny głód, z przyjemnością zakupiłam czekoladowego Crepsa, zjadając go w takich oto okolicznościach przyrody :)




 
Pozdrawiam Was serdecznie... z deszczowego dziś Edinburgha.

 

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin