..O poranku otwieram okiennice swej duszy, witając poranny powiew wiatru.. Nocne opowieści powolnym krokiem odchodzą, pozostawiając jedynie posmak tajemniczości.. Podążając słonecznym szlakiem opuszczam pośpiesznie 4 kąty mojej przystani, by na czerwonym rumaku pognać ku kamienistym plażom..
..dotarłszy do Cramond, siadam na pobliskiej ławeczce, zamykam powieki zanurzając się w ciepłych promieniach słońca.
Przenoszę się w ciepłą krainę nieznanych przestrzeni..
Tylko wiatr swą chłodną pieszczotą przypomina o realności chwili..
..chwili spokojnej, wolnej od codziennego pośpiechu..
Po trzech długich dniach w szpitalnych przestrzeniach - to niemalże chwila święta!
Spoglądam w oczy otaczającego mnie świata i widzę w nich promyki odbijającego się szczęścia..
Starszy pan przechodzący nieopodal śle w moim kierunku sympatyczny uśmiech..
Mały chłopiec pomykający niczym poranny zefirek, na swym czerwonym maleńkim rowerku z dużym kaskiem na głowie - powoduje, iż znów się uśmiecham.. i ja przesyłam swój uśmiech w przestrzeń mi nieznaną..
- ale przecież i On zachwyca się swoją czereśnią i plejadą świergoczących ptaszyn, kryjących się w zielonych gęstwinach Jegoż ogrodu!
Dla jednych kicz, dla innych skrawki piękna, jakże ulotnego!
Dla mnie zdecydowanie piękna - lubię spoglądać na płynące z gracją łabędzie, lawirujące nad nimi mewy oraz fale rozbijające się o mokre kamienie, na których przycupnęły wyrzucone przez morze muszle..
Zatracam się świadomie w tej magicznej chwili - by kiedy przeminie, nadal istniała głęboko w zakamarkach mego umysłu..
..A po powrocie w leniwym rytmie mruczącej Mocci szykuję wieczorną wieczerzę.. ..ogarniam świat - ten mój, dziś oswojony, pachnący i kolorowy..
"Birds flying high you know how I feel Sun in the sky you know how I feel Breeze driftin' on by you know how I feel.."
Kocham to uczucie, choć jako mała dziewczynka zastanawiałam się czy wolałabym być ptakiem, czy też rybą oceaniczną?
Będąc ptakiem mogłabym przenikać płynące po niebie obłoki.. unosić swe skrzydła lawirując w niekończącej się przestrzeni..
Jako ryba, natomiast - opłynęłabym świat w najbarwniejszych głębinach toni morskiej... muskająca ciało woda, w nie mniejszym stopniu wyzwala poczucie wolności..
Jednak to podniebne loty nieustannie wypełniały moje senne wędrowanie.. zwłaszcza kiedy zaczytywałam się w Ptaśku - każdy dzień, przeradzał się w noc podniebnych wędrówek - unosząc ramiona stawałam się ptakiem.. jakże realistyczne uczucie! Podmuch wiatru zamieniał mój lot w podniebny taniec.. czy dlatego tak bardzo kocham zatracającą słodycz tanecznej mistyki?
Mogłabym być obłokiem, spoglądającym z wysoka, przysłaniając zbyt ciepłe promienie słońca..
Płynąc w nieznane, docierałabym do krain spragnionych deszczu... tam - poiłabym matkę Ziemię soczystym nektarem chłodnego deszczu..
...Raz w życiu, niczym ptak - dzięki uprzejmości mojego przyjaciela - lawirowałam w przestrzeni, kryjąc się w ramionach szybowca - niebywałe uczucie i nezapomniane wrażenia!
Podniebne akrobacje wyzwoliły we mnie najskrytsze tęsknoty za odwieczną pokusą podniebnego lotu wolnego ptaka...
Dziś - niezmiennie wspominam to uczucie, przy każdym kolejnym locie samolotem.. i choć lotów odbyłam już wiele - niedosyt odczuwam nieustannie..
Wczoraj wróciliśmy z Polski - nasz wyjazd był tajemną niespodzianką - z okazji urodzin Damiana mamy..
kolejny lot - kolejne podniebne zachwyty..
..pozornie zwyczajne - jednocześnie zachwycające kłębiące się obłoki..
..obrazy malowane zimowym pejzażem..
..zima w Polsce, przywitała nas iście po królewsku!!
I choć wiosny spragniona - z ogromną przyjemnością przemierzałam las pełen śnieżno-białej kołderki.. wiodący ku ..
...wieży, ukazującej podniebnego księcia..
...Rozmarzona tą podniebną liryką - pozdrawiam Was serdecznie z prawdziwie ciepłej i wiosennej Szkocji - choć nieznośnie wietrznej jednocześnie!
Przeminął długi, przesączony smutkiem, bólem i okaleczającymi sytuacjami tydzień...
Jego toksyczność wyssała ze mnie wszystkie pokłady energii - do tego stopnia, iż wczorajszego wieczoru, kiedy Damian zapowiedział kolejny wyjazd do Glenshee - pomyślałam, ze najzwyczajniej w świecie nie mam sił.. spacerować lub siedzieć w jadłodajni pełnej szczęśliwych snowboarderów... nie tym razem.. marzyłam o odpoczynku na kanapie z książką w ręku, a później o małych robótkach. na które ostatnio wyjątkowo nie mam czasu :(
Jednakże spór okazał się niezdrowy, zatem w końcu zdecydowałam się na wyjazd..
Zdaniem Damiana - robótki mogą zaczekać do czasu, kiedy będę miała około 60 lat, a książkę mogę czytać w pięknych okolicznościach przyrody - co do książki może się i zgadzam.. a robótki - no cóż każdy ma swoje zdanie na pewne sprawy..
Wstaliśmy zatem wcześnie rano, aby powitać piękny słoneczny dzień! Niebywałe, bowiem od kilku dni znów przeważały deszcze i wieczne szarugi!
W drodze, w końcu napotkaliśmy moich ulubieńców - właściwie ulubieńca!
..kilka starych, opuszczonych domów.. oraz wszelaką zwierzynę - począwszy od krowy górskiej, owiec, białych królików, po stado jeleni oraz piękne białe konie!
Napotkany Hamisz (czyt. krowa górska), od razu rozweselił moją duszę, jednak kiedy postanowiłam sfotografować nieopodal pasące się owce - rozbawiły mnie do tego stopnia, iż wszelkie pozostałości niemiłych wspomnień, rozwiały się wraz z unoszącym się w powietrzu optymizmem..
Owce zobaczywszy mnie, nieco zaskoczone - całą swoją uwagę skupiły właśnie na mnie..
..stojąc w równym rzędzie, stały skupione nie spuszczając mnie z oczu.. aż w końcu jednak jedna odważna, wysunąwszy się naprzód powolnym (początkowo!) krokiem zaczęła podążać w moim kierunku :) ..za nią, powolnym truchtem kolejne.. ..po czym wszystkie zgodnie ruszyły aby przekonać się kim to ja właściwie jestem??
.. dziwnie się poczułam, w związku z czym odwróciwszy się na pięcie, pognałam ku bramie.. a owce za mną!!
Dostarczywszy Damianowi niezłego ubawu, w końcu dotarłam do samochodu.. aby po krótkiej jeździe napotkać kolejne przedstawicielki owczej rodziny - tym razem z czarnymi głowami.
..kolejny domek - napotkany podczas spaceru, który oczywiście stał się koniecznym elementem tego wyjazdu, biorąc pod uwagę cudowną pogodę jaką zostaliśmy po raz kolejny obdarowani w tym zachmurzonym ponoć, zazwyczaj miejscu..
..kolejne napotkane zwierzaki - to jelenie - które to, stały się przyczyną niepowtarzalnie pięknego dnia.. bowiem postanowiwszy sfotografować je z nieco bliższej odległości - w mojej głowie zrodził się pomysł.. a raczej nieodparte pragnienie zdobycia szczytu, na który niczym wędrówki ludów, podążało całe stado jeleni..
..ale o tym innym razem :)
Szczyt szczęśliwie zdobyłam - a kończąc już moją wędrówkę, napotkałam piękne białe konie!
Siły witalne i moc nowej energii, powróciły niespodziewanie.. kosztowało mnie to dość dużym nakładem wysiłku - jednak wartego ponad wszystko!!
Uśmiechając się znów radośnie - pozdrawiam Was serdecznie!!!