środa, 5 sierpnia 2009

Popołudniowe wędrowanie...

Dzień przesycony optymistyczną jasnością...
Słońce od samego rana rozświetlało każdy zakątek Edinburgha... niestety przez długie godziny trwałam w cichej cierpliwości, wsłuchana w piękną muzykę Zbigniewa Preisnera.. wyczekując kuriera..
Czas jednakowoż minął mi bardzo przyjemnie - mogłabym zaśpiewać "tańcowała igła z nitką" :)
Od rana zabrałam się za szycie.. praca jeszcze nie skończona, ponieważ kurier w końcu dotarł, a ja mogłam opuścić dom...
Zważywszy na fakt, iż była to już dość późna pora - Damian zdążył już wrócić do domu, po czym razem wybraliśmy się na wycieczkę - kolejny raz rowerową. :)
Muszę przyznać, iż pomimo pobolewającego kolana i delikatnego kłucia w udzie - tym razem czułam się zdecydowanie lepiej! O tym również świadczy odległość, jaką pokonaliśmy...
Piękna, malownicza okolica - moje ulubione zakątki Edinburgha.. nie sposób nie robić zdjęć!
A wieczorową porą powspominać minione chwile...








Pozdrawiam serdecznie !!

wtorek, 4 sierpnia 2009

W oczekiwaniu na gości...

Wczorajszego wieczoru, odwiedzili mnie spóźnieni goście..
Każda wizyta jest okazją do upieczenia czegoś smakowitego :)
Pamiętam doskonale godziny spędzone w kuchni mojej mamy, kiedy to przygotowując się do kolejnych imienin, świąt, tudzież innej ważnej okazji - otrzymując prawa pierwszego pomocnika :)
pomagałam w kręceniu, ubijaniu, smarowaniu.. drylowaniu wiśni oraz obieraniu jabłek, orzechów... jednym słowem zdobywałam doświadczenie piekarnicze od najmłodszych lat u samego mistrza wypieków!
Placki mojej mamy zawsze cieszyły się ogromnym powodzeniem - do tego stopnia, iż pamiętam, że przez długie lata ZAWSZE musiałyśmy tyle upiec placków, aby niemalże każdy potencjalny gość, mógł zabrać odrobinę ciasta do domu :)
O zapachach, jakie się z tym wiążą pisałam dawniej - jednak na samo wspomnienie znów czuję całą plejadę zapachów unoszących się w piekarni, w każdy piątkowy wieczór... a powroty późną nocą z ciepłą jeszcze blachą oczywiście nieziemsko pachnącego placka w blasku płynącego po szerokim niebie księżyca... stanowiły nieodłączną, jednocześnie ulubioną część całej ceremoni, jaką było pieczenie ciast!
Czyż można mieć piękniejsze wspomnienia?? Oczywiście można - jednak dla mnie stanowią jedno z milszych jakie doświadczyłam będąc jeszcze dzieckiem...
Być może dlatego tak bardzo lubię piec ciasta i częstować nimi swoich gości... przypominają mi czasy pełne radości, pomimo tego, iż był to również okres, kiedy w naszym kraju wszystkiego brakowało, kiedy sklepy świeciły pustkami, a po papier toaletowy należało stać długo i cierpliwie w długiej kolejce przed apteką..
Pamiętam jednak bardzo dobrze, iż dzięki moim rodzicom, którzy zawsze dbali, aby na stosunkowo niewielkim ogrodzie, zawsze było dużo warzyw, owoców.. w kurniku świeże jajka, a od znajomych, którzy mając gospodarstwo, posiadali również krowę - codziennie świeże mleko!
Dzięki nim - w mojej pamięci zachował się piękny radosny okres mojego dzieciństwa - za co bardzo Wam kochani dziękuję!!!
..Pamiętam swoje zniszczone ręce od pielenia bez rękawiczek, ale pamiętam również smak ciepłych jeszcze od porannego słońca pomidorków.. zielonego groszku.. nie wspomnę o całej plejadzie owoców :)
A po tak krótkiej dygresji - wracając do wypieków - tym razem zastanawiając się co mogłabym przygotować, przypomniał mi się biszkopt, który dawniej wypiekałam bardzo często.
Jest on bardzo prosty w przygotowaniu a co również istotne - bardzo szybki!
Ja do mojego ciasta użyłam:
5 jajek
5 łyżek cukru
5 łyżek mąki - zazwyczaj dodaję krupczatkę - ciasto wówczas jest bardzo delikatne z niewielką dozą wilgoci :) tym razem powodowana brakiem tejże mąki, skorzystałam ze zwykłej mąki do pieczenia - jak się okazało ciasto również było jak najbardziej do zaakceptowania..
2 łyżki mąki kartoflanki
Przygotowanie:
Oddzielone białka ubijać na sztywną pianę, po czym stopniowo dodawać cukier. Do gęstej masy należy szybciutko dodać żółtka. Ostatecznie należy dodać mąkę, po czym dokładnie wymieszać.
Tak przygotowane ciasto należy przełożyć do nasmarowanej i wyłożonej pergaminem tortownicy, po czym piec w nagrzanym do 180s C piekarniku, około 20 - 30 min.
Upieczone i wystudzone ciasto stanowi podkład do wszelakich wariacji mas... ja ponownie skorzystałam z przepisu Eli na ciasto truskawkowe - z tą różnicą, iż wykorzystałam jogurt rabarberowo-waniliowy, z odrobiną świeżych truskawek!
Pychotka :)





Życząc dobrej nocy - pozdrawiam serdecznie wszystkich moich wirtualnych gości!!!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Przypływy i odpływy...

W przypływie nadmiaru wrażeń, zrodziła się tęsknota pisania...
Chęć poskładania myśli w jedną sensowną całość...
Siedząc nad brzegiem morza, wsłuchiwałam się szum fal..
Fale popychane wiatrem, rytmicznie uderzały o kamienny brzeg.. Czy odczuwały ból??
Unosząc śpiew morza pozostawiały niedopowiedziane dźwięki, rozkołysane przez ramiona niestrudzonego wiatru..
A ja zatracałam się w czytanej książce...
Książce o miłości pomiędzy dwojgiem ludzi.
Gdyby nie fakt, iż jest to opowieść starszego człowieka, mieszkającego wraz z żoną chorą na Alzheimera, w domu starców - można byłoby przyjąć, iż jest to zwyczajna opowieść o romansie.. miłości przedstawionej w niejednej powieści..
Przyznaję, iż bywam bardzo sentymentalna i czasem zaczytuję się w książkach, w których tematem przewodnim bywa miłość.. nie czytuję romansideł, jednak o miłości lubię czytać..
Ta urzekła mnie wyjątkowo, ponieważ oprócz młodzieńczego uczucia, które zrodziło się w sercach bohaterów, starszy pan opowiada o niezmiennej, choć bardzo trudnej miłości do swojej chorej zony.
Opowiada o skrawkach piękna, które jeszcze doświadcza i o niewypowiedzianym bólu, jaki temu towarzyszy..
Opowieść ta przywołała bardzo wyraźny obraz - jak przypływająca fala, pojawił się nagle, wprowadzając mnie po raz kolejny w głęboki stan zadumy.. zadumy nad naszym życiem.. często bardzo skomplikowanym, zagmatwanym... usłanym wieloma odcieniami uczuć..
Zobaczyłam jedną z moich pacjentek - chorą na demencję, co równe jest chorobie Alzheimera.
Od kilku już lat, przebywa Ona w szpitalu, ponieważ jej mąż, nie jest w stanie sam się Nią opiekować - jednak, pomimo słabego stanu zdrowia, niestrudzony przychodzi do Margaret regularnie.
Jest doprawdy wyjątkowym człowiekiem.. ale tez jego niezmienne uczucie do Margaret jest wyjątkowe!
Oboje są w bardzo sędziwym wieku, On zawsze uśmiechnięty, choć czasem zatroskany, iż bywa nierozpoznany przez żonę, oraz, iż czasem nie uśmiecha się do Niego..
Pomimo bardzo słabego kontaktu - Alek przychodzi zawsze a swoją wizytę rozpoczyna od pocałunku, czesze Jej włosy, dokonuje drobnych kosmetycznych upiększeń...
Zawsze kiedy przyglądałam się temu co robi, odczuwałam głębokie wzruszenie, bowiem poprzez każdy Jego gest emanowało prawdziwe, piękne uczucie, do kobiety, którą kochał całe życie, i pomimo bolesnej sytuacji przed jaką postawił ich los - nadal kocha i okazuje całym sobą, pomimo tego, iż dla Margaret bywa On już zupełnie obcym człowiekiem..
Pomimo to nigdy nie zapomina o kwiatach i drobnych słodkościach, które wspólnie spożywają celebrując swoje ostatnie wspólne chwile... zawsze tez karmi Margaret, a kiedy jeszcze mogła spożywać normalne posiłki raz w tygodniu przynosił ulubione danie swojej zony, aby choć w ten sposób stworzyć możliwie najbliższe ich normalnego życia warunki...


"Zmierzch - to tylko złudzenie, gdyż słońce jest albo nad horyzontem, albo za nim. A to znaczy, ze dzień i noc łączy szczególna więź, nie istnieją bez siebie, ale też nie mogą istnieć równocześnie."


...Kiedy myślę o Margaret i o Alku -sądzę, iż On wie co to znaczy "być dniem i nocą; zawsze razem i nieustannie osobno..."


W życiu, podobnie jak nad brzegiem morza, pojawiają się przypływy i odpływy... każdy może dopowiedzieć swoją własna historię...
Moja dzisiejsza historia związana jest również z Laurą - córką mojej znajomej, a z którą wybrałam się dziś na spacer..
Dzisiejszy dzień był pełen ciepłych promieni słońca... jeden z piękniejszych dni tego lata!

Spacer właściwie nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym, jednak oprócz samej przyjemności obcowania z tak uroczym dzieciątkiem, zaowocował on kilkoma zdobyczami...



Ścieżka, którą spacerowałyśmy, obfitowała w pięknie kwitnące dzikie róże...




...oraz czerwieniące się w słońcu główki tych, których płatki niestety już opadły...




Pamiętając marmoladę, którą zrobiła moja znajoma dawno temu, z owych główek, które wspólnie zbierałyśmy, pomyślałam, że i ja mogę ją teraz usmażyć...
No więc nazbierałam ich tyle ile było to możliwe...


Wyglądają pięknie..


Na koniec jeszcze jedna zdobycz... piękna malinka - oczywiście uwieczniona moim aparatem :)




Wsłuchana w przypływy i odpływy mojego życia... kończę dzień i witam noc.. właściwie środek nocy....

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin